San Juan to wioska maleńka i prymitywna, ale – co zwykle źle wróży – przyzwyczajona do turystów, którzy zatrzymują się tu na noc na szlaku trzydniowej ekspedycji po salarach. Jednak wystarczyło pobyć tu dzień dłużej, żeby ludzie zaczęli traktować nas bardziej swojsko, zagadywać na ulicy. Może trochę w tym zasługi budzących ciekawość motorów: a kto to taki, że nie jeździ jak wszyscy turyści jeepem i ma czas zostać z nami dłużej?

Pytamy szefową naszego solnego hostelu, czy możemy skorzystać z jej kuchni. Nie jest przyzwyczajona do takich pytań, bo landcruiserowe ekspedycje mają zawsze własnych kucharzy i polowe kuchnie, ale się zgadza. Gotujemy zatem wodę na makaron. „A wiecie co, to może ja dorzucę swoje kluski i ugotujemy razem?” -„Nie ma sprawy, my dołożymy jeszcze jedną naszą paczkę, ale gdyby miała pani trochę mięsa, to wyszedłby fajny sos”… No i tak się zaczęło. Wśród śmichów-chichów powstaje wspólny obiad dla nas, szefowej, jej dzieciaków i babki. Wyszło całkiem smacznie. Po jedzeniu szefowa oznajmia: „Bo my jak dużo zjemy, to potem żujemy liście koki”…- buch, torba na stole. „Ta koka to inne liście niż te, które służą do wyrobu kokainy. Te liście są dobre. Na trawienie, na chorobę wysokościową, na zęby. A jak twoje kolano, Marta?”-zainteresowała się babcia. „Bo najlepiej pożuj liście, wypluj je, połóż na kolanie i posyp cukrem, ból przejdzie…

Następnego dnia rano serdecznie się żegnamy. Kolano ma się dużo lepiej, mimo że zrezygnowałam z zielonej kuracji. „No, zjedzcie jeszcze trochę zupki na dowidzenia! Dobrze, teraz możecie jechać”…


(stara nekropolia obok San Juan)


(stara nekropolia obok San Juan)


(stara nekropolia obok San Juan)

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *