Wreszcie kończą się wertepy i zaczyna się słynny Salar Uyuni…
Przy wjeździe na Salar siedzi Boliwijczyk i dłubie w swojej Jawie. Podjeżdżamy sprawdzić, co się stało. Guma. Spełniamy dobry uczynek, dajemy panu naszą łatkę i pomagamy naprawić koło. Pan przeszczęśliwy, myślał, że będzie sterczał godzinami w szczerym słonym polu, a tu jak tylko zaczął zdejmować koło, zjawił się serwis
.


Ale, ale, miało być o salarze a nie o pomocy drogowej. Wyobraźcie sobie wielkie, zamarznięte, pokryte warstwą bielusieńkiego śniegu jezioro, na którym ktoś wymalował miliardy wielokątów. Tyle, że to nie śnieg, tylko sól. Sprawdziliśmy, żeby nie było. Słone jak diabli.
W pierwszej chwili jedziemy niepewnie, bo nie wiemy, jak działa taka nawierzchnia. W głowie odruchowo zapala się czerwone światło: uważaj, białe, gładkie, będzie ślisko…Ale motory trzymają się jak na najlepszej autostradzie. To co? Na skróty? Do wyspy, o tej, na prawo! Jedziemy i jedziemy…Wyspa wydawała się tuż tuż, a jechaliśmy 20 km…
Wieczorem musimy dojechać do Uyuni, bo – niestety – kończy się nam paliwo…Bartkowe Tornado zaniemogło 5 km przed wjazdem do miasta. Podkarmiamy go z mojego baku. Odmawiam dotykania nakrętki
.
Ale jutro wracamy na Salar!


(słone)







