Dotarliśmy do Hotanu, tj. kolejnego punktu na jedwabnym szlaku. Przede wszystkim jednak jest to nasza baza wyjściowa do przeprawy przez pustynię Taklamakan. Minął tydzień w Chinach i nasze brzuchy burzliwie przechodzą proces przystosowania do tutejszej flory. Z Hotanu utkwił nam w pamięci przede wszystkim widok toalety…
Mimo wszystko podejmujemy heroiczną próbę zwiedzenia ruin Yotkanu, czyli – jak wyczytaliśmy – starożytnej stolicy przedmuzułmańskiego królestwa z III w, położonego 10 km od dzisiejszego Hotanu. Najpierw na wszelki wypadek prosimy w recepcji hotelu, żeby napisami nam po chińsku dla taksówkarza nazwę tego słynnego zabytku. Pokazujemy kierowcy, ale nie umie czytać po chińsku i nie rozumie jak powtarzamy: „Yotkan! Yot-kan”. Jesteśmy oburzeni, to tak, jakby taksiarz w Warszawie nie wiedział, gdzie jest Wilanów!Co robić, biegnę do hotelu, żeby napisali nam nazwę ruin w Ujgurskich robaczkach i wracam do taksówki. Kierowca czyta, potakuje, że niby teraz zrozumiał, ale prawdę mówiąc nie wygląda na przekonanego. Rusza i bez przerwy nawija przez komórkę – chyba próbuje ustalić, gdzie jechać. Krążymy, co chwilę zawracamy, jest oczywiste, że facet nie ma pojęcia, gdzie są te nasze słynne ruiny. Wreszcie po dłuższym czasie stajemy i kierowca pokazuje, że jesteśmy na miejscu. Wyglądamy przez okno: stoimy na skrzyżowaniu dwóch dróżek, a wkoło tylko piach i krzaczory.
-„Nie, nie, proszę pana, my chcemy DO-RU-IN”.
-„E,e”- pan pokazuje gestem na krzaki, ze to niby tu.
Oj, chyba się nie dogadaliśmy. Twardo siedzimy w taksówce i żądamy, żeby wiózł nas dalej. Facet dzwoni do kogoś i przekazuje nam słuchawkę z kobitką usiłującą mówić po angielsku, która twierdzi, że z ruin nic nie zostało, ruiny są zakopane pod ziemią. Wracamy do domu przegrani. Na zakończenie jeszcze tylko kontrolna awanturka z kierowcą o kasę, bo za wycieczkę w krzaki nie chcemy zapłacić tyle, co za słynne antyczne ruiny. W końcu trochę obcinamy cenę.
Oszukali nas… Przynajmniej Policja w Hotanie jest na wysoki polysk.
