W poniedziałek rano dzwonimy do kapitana. „Przyjeżdżajcie, odpływamy!”. Stawiamy się w porcie. Statek ma płynąć przez Jaluit, Kili (tu najlepiej byłoby oglądać zaćmienie), Namdrik, Ebon i stamtąd po ok. 2 tygodniach powrócić na Majuro. Rejs opłacony jest przez Unię Europejską, a podstawowy cel to przewiezienie solarpaneli na atol Namdrik. Ale oczywiście przy okazji każdy chce zrobić swój mały biznes i zapakować na statek trochę dodatkowego towaru czy pasażera. W efekcie wokół statku kłębi się tłum kolorowy. Czekamy jeszcze wiele godzin, zanim wreszcie statek wypchany po brzegi ludźmi i towarem wszelakim, w tym kontenerami paliwa i mrożonych kurczaków drugiej świeżości, wypływa w morze.







Ludzie porozkładali się po całym pokładzie statku. Każdy szuka skrawka powierzchni, na którym spędzi kolejne dziesiątki godzin rejsu. Wygląda to trochę jak obóz uchodźców. Kurczak zaczyna coraz mocniej dawać o sobie znać. Miesza się z zapachem paliwa… I tak przez długie godziny towarzyszy nam niezapomniany, unikalny wyziew ropokurczaka… Metodą drobnych kroczków zakładamy bazę na mostku kapitańskim. Jesteśmy trochę atrakcją, więc traktują nas w uprzywilejowany sposób. Co godzinę zapraszają nas na jedzenie…oczywiście w menu króluje kurczaczek
. Nocą rozkładamy legowiska na zewnątrz, ale po chwili budzi nas deszcz. Uciekamy do środka. Noc mija znośnie.










Po południu kolejnego dnia docieramy na Jaluit. Stąd można już oglądać zaćmienie. Jednak kapitan decyduje, że nie zostają na noc na Jaluicie, rozładowują towar i szybko ruszają na Kili. Krótka narada: nie zostajemy na Jaluicie płyniemy dalej z nimi…





