Po powrocie z Machu Picchu robimy dzień przerwy w uroczym Olantaytambo, z rozpędu zaliczając przy okazji kolejne inkaskie ruiny. Generalnie nikt do końca nigdy nie wie czemu służyła ta albo inna sterta kamieni, w związku z czym zawsze są dwie opcje: albo celom sakralnym, albo astronomicznym. I tak w kółko
.





Kolejnego dnia wracamy do Cusco, chłopaki znowu na motorach. Tata się rozkręca, zjeżdżamy szutrową drogą obejrzeć po drodze solanki. Z tego wszystkiego hamując przed wejściem do solanek zalicza popisową glebę…To chyba rodzinne…![]()








Potem tarasy Moray, które tym razem – ku naszemu zaskoczeniu – nie służyły celom sakralnym ani astralnym, tylko były czymś na kształt rolniczego laboratorium. Na każdym tarasie panowały inne warunki klimatyczne i hodowano różne rośliny.







Do Cusco zostało już tylko 20 km. Robimy sobie przerwę na obiad. A tu chmury. Jak wyruszamy zaczyna padać. Po chwili deszcz przechodzi w grad i śnieg, na drodze ślizgawica…Chłopaki dojeżdżają na miejsce przemoczeni i zmarznięci, ale bez przygód…
