Wszystko fajnie, ale nie po to przyjechaliśmy do Australii, żeby chodzić w polarach po lesie i grillować (chociaż w sumie Hobbity to bardzo lubią ;-)).

Australię trzeba zdobyć po przekątnej. Przez outbeck. Przez pustynię, z przystankiem po środku w Alice Springs. Trochę mamy stracha, bo w drodze do Lavertonu widzieliśmy dosłownie kangurzą rzeź. Rozdzibywanego przez kruki i sępy truchła było przy drodze więcej, niż słupków (a słupki rozstawione co 100 m…). Jaszczomb nie ma przedniego ochraniacza na kangury, więc mentalnie przygotowujemy się na ewentualną podróż z dodatkowym pasażerem…

W Lavertonie tankujemy po brzegi paliwo, wodę i w drogę. Co kilkaset kilometrów powinny być stacje, w których można uzupełnić zapasy. Tyle, że zamiast benzyny bezołowiowej dostępne będzie tylko tzw. paliwo opalowe. Dlaczego? Bo jest bezwonne. I co z tego? Ano to, że nie da się go wdychać. Ponoć wciąganie benzyny stanowiło ogromny problem wśród Aborygenów, więc rząd zakazał jej sprzedaży w centrum Australii. Bywało też, że co sprytniejsi autochtoni stawali z samochodem na drodze i prosili o wsparcie udając, że skończyło się im paliwo i nie mogą dotrzeć do celu… Dodatkowo w outbecku obowiązuje prohibicja – oj, trzeba będzie szybko jechać…

Zasuwamy kilometrami po czerwonej drodze zostawiając za sobą tumany kurzu. Płasko po horyzont, z ziemi wyrastają tylko kępy suchych krzaków.

W ciągu dnia pustynia Gibsona ma niesamowity dźwięk. Wiatr szumi tak, że chwilami wydaje się, jakby kilkanaście kilometrów dalej przebiegała zatłoczona autostrada. Niekiedy tworzą się nawet niewielkie, rude trąby powietrzne.

Nagle widzimy przy drodze mnóstwo zielono-żółtych kulek. A to co znowu, czyżby się wysypały komuś jabłka?! Stajemy sprawdzić. Zdumieni stwierdzamy, że kulki się nie wysypały, ale rosą i nie są jabłkami, ale czymś na kształt arbuzów. Niestety, gorzkie…

Na poboczu straszą porozbijane wraki samochodów, które przegrały z pustynią. Transport poważnie zepsutych aut do cywilizacji prawdopodobnie przekraczałby ich cenę, więc zostały porzucone.

Co pewien czas ucieka spod kół wielki jaszczur. Wśród krzaków i traw pałętają się dzikie konie i wielbłądy. Trzeba uważać, bo berbeluty potrafią uciąć sobie drzemkę na środku drogi, a zderzenie z nimi kończy zwykle podróż.

Dobijamy do pierwszej pustynnej osady. Dwa – trzy domki, minisklepik, okratowane i zamknięte na kłódkę dystrybutory z paliwem… fragment drogi został wyasfaltowany i stanowi pas startowy dla awionetek „latających doktorów” – organizacji ratującej życie w zapomnianych zakątkach Australii. Kilka kilometrów dalej jest jaskinia z aborygańskimi malowidłami: gadają, że powstały 5000 lat temu.


(a to już malunki z parkingu)


(czeski traktor Zetor 3, który wybudował pustynną drogę)


(szczątki rakiety kosmicznej)

Noc na pustyni jest jeszcze piękniejsza, niż dzień. Zapada nieskazitelna cisza, na niebie pojawiają się miliony gwiazd, droga mleczna i obłoki Magellana tak wyraźne, jakby były nisko zawieszonymi chmurkami. Rozpalamy miniaturowe ognisko, nadziewamy na patyki kiełbaski, błogo nam…

Rano są jaja na pustyni i bekonie…

A po południu pieczołowicie przechowane zimne, białe wino ze śmierdzielem i oliwkami… Na pustyni da się żyć ;-).

Kolejnego dnia dojeżdżamy do aborygeńskiej osady. Niedobrze się się dzieje… Rozwalające się, brudne, blaszane domy, bałagan, smród, niemoc. Problem zamknięty w pustynnym getcie, w którym – jak głoszą kolorowe, błyszczące ulotki w centrach turystycznych – rdzenni mieszkańcy Australii kultywują swe prastare tradycje… Ale w sumie co my tam wiemy…

Dnia trzeciego…zaczyna się asfalt!!! Przed nami wyrastają zapierające dech ogniste głazy – Katja Tjuta National Park. Pierwszy etap za nami!!!

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *