Wyjeżdżamy z La Paz. Iza i Kamil chcą na północ do Brazylii, Kuba na południe do Uyuni, a my planujemy motorowe kółko Coroico – Mapiri – Sorata – La Paz w oczekiwaniu na Podgóra, który odwiedzi nas wracając z zaćmienia słońca na Wyspie Wielkanocnej. Ale może by tak jeszcze chociaż chwilę pojechać razem… Pierwszy raz od czasu Anji i Petera spotkaliśmy ludzi, z którymi z dnia na dzień czujemy się coraz bardziej związani i nie chcemy kończyć wspólnej podróży.
I znowu szutrowa droga prowadzi nas całą piątką do starego zamku w środku dżungli…Potem do Coroico, gdzie kończymy imprezę tańcząc nad ranem na chodniku z lokalesami boliwijskie przeboje…

(guma na przełęczy)

(zamek nie wiadomo gdzie)

(fot.Kuba)

(fot. Kuba, w drodze do Coroico)

(Coroico, trochę się zakurzyliśmy…)
W końcu żegnamy się. Z tym, że w międzyczasie w motorze Kamila padł amortyzator, a na nowy będzie musiał czekać w La Paz. Wyruszamy sami na naszą małą wycieczkę, ale wiemy, że za parę dni znów się pewnie spotkamy.
Pierwszy kawałek drogi paskudny. Mijają nas ciągle ciężarówki wzbijające w powietrze potworne tumany kurzu. Jedziemy jak Bozia przykazała prawą stroną, a tu nagle wyskakuje na nas zza zakrętu samochód. Potem drugi. Zjeżdżamy na pobocze i wydzierając się wymieniamy z kierowcami uwagi nt naszych mam. Postanawiamy jednak jechać lewą stroną. Dopiero po kilku kilometrach pojawia się – niespodzianka – znak zmiany kierunku ruchu…
Drugiego dnia jedziemy do małej wioski Mapiri. Na mapie wydawało się blisko, ale droga prowadzi przez góry, więc wioski oddalone w linii prostej o 20 km dzieli tak na prawdę minimum 60 km szutru i zakrętów. Na miejsce docieramy już po ciemku.
Następnego dnia mamy problem. Upadam nieszczęśliwie z bagażem, stopa strasznie puchnie i boli. Co jednak robić, jesteśmy na pustkowiu, z dala od szpitala i pomocy. Wsiadamy na motory i postanawiamy dojechać do La Paz. Siąpi, na drodze robi się błoto, ślisko, co chwila trzeba przejeżdżać przez strumienie. Na domiar złego nawala mój motor, gaśnie co jakieś 2 km. Coś się zapchało, nie podaje paliwa do gaźnika. Na początku pomaga dmuchanie w bak, ale potem i to nie daje rezultatów. W jakiejś wsi rozkręcamy motor i Bartek znajduje przyczynę: zatkał się filtr paliwa w baku. Nie daje się przeczyścić, więc obcinamy zatkany kawałek, przykręcamy pozostałą część i jakoś ruszamy dalej. Za Soratą pojawia się wreszcie asfalt, ale mgła jest tak gęsta, że i tak nie ma mowy, żeby jechać szybciej niż 40 km/h. Potem zaczyna padać grad…




(fiesta w Mapiri)




W rezultacie dojeżdżamy do La Paz dwa dni po upadku. Małe kółko okazało się trudną, siedmiosetkilometrową trasą, do tego przy wyjątkowo marnej pogodzie. Jedziemy do szpitala sprawdzić, co z nogą. Tak profilaktycznie. Robią rentgen.
Co???
Wieloodłamowe złamanie kości śródstopia z przemieszczeniem. Konieczna operacja i ześrubowanie…
Jesteśmy załamani. Zaczynamy organizować powrót do domu, ale na wszelki wypadek wysyłamy rentgen do konsultacji w Polsce. Jednak polscy lekarze absolutnie odradzają operację, sugerując „jedynie” gips. W tej sytuacji idziemy do jeszcze jednego lapazkiego speca wyszukanego przez Szymona, który potwierdza diagnozę z Polski. Zakłada gips…na 4 tygodnie…nogi nie opierać…kule kupić…
Deja vu ![]()
Na pewien czas zostaniemy w La Paz. Jest Iza z Kamilem czekający na amortyzator, Szymon, Karol. Na chwilę wpadają Agnes i Michał. Pojawia się znienacka Willy. Dolatuje Podgór. Robi się więc nam raźniej mimo gipsu. Co dalej – zobaczymy…
