Panamericana jest może wygodna, ale strasznie nudna. Jak tylko można, wybieramy alternatywy.
Tym razem chcemy przejechać do Antofagasty mniejszą drogą wiodącą przy samym morzu.
Jedziemy, a tu nagle wyrastają przed nami Karabinierzy. Każą zawrócić, bo nadmorska droga została po ostatniej ulewie zniszczona. Ale my baaardzo prosimy, nasze motory dadzą sobie radę…Dzwonią do centrali. Jest zgoda. Możemy spróbować się przebić.
Rzeczywiście tu popadało. Błoto, które spłynęło z gór zakryło spore fragmenty drogi. Dla motorów nie stanowi to jednak problemu, dużo lepsze warunki niż przy wyjeździe z Pan de Azucar. Co chwilę mijamy ciężarówki naprawiające drogę. Siły szybkiego reagowania w Chile, gdzie klęski żywiołowe wszelkiego sortu są na porządku dziennym, naprawdę wyglądają na dobrze zorganizowane.
Nagle kierowca jednej z ciężarówek naprawiających drogę macha na jadącego przodem Bartka, żeby się zatrzymał. Bartek hamuje, ale ja tego nie zauważam i na pełnej prędkości wjeżdżam centralnie w Bartka.
Leciiiiimy……bum. Gwiazdy krążą nad nami. Nie wiemy, o co chodzi.
Po chwili dochodzimy do siebie. Z nami wszystko w porządku, na szczęście wygląda na to, że nic poważnego się nie stało. Będą sińce, ale kości całe.
Sprawdzamy, co z motorami. Tornado wyszło z kraksy zwycięsko. Za to mój…o cholera…przednie koło wygięte w chiński paragraf, lepiej nie wiedzieć, co jeszcze szlag trafił…
Ładujemy mój motor na ciężarówkę i wracamy do najbliższej mieściny Taltal. Trzeba się będzie zorganizować….






