Od miesiąca odgrażamy się, że dosyć już tej zimy, że trzeba zjechać niżej, do dżungli, hamak rozwiesić, wygrzać się porządnie…
Iza, Kamil i Kuba szykują się do ataku na Huayna Potosi (6088 n.p.m.) i co pewien czas namawiają, żebyśmy poszli z nimi, ale twardo odmawiamy: bo to i śnieg, i lód, i mróz, i zmęczy się człowiek…Brrr…
Dzień przed wyruszeniem odbierają sprzęt do wspinaczki: raki, czekany, liny, ciepłe ciuchy…”I dali nam nawet takie oldskulowe okulary przeciwsłoneczne”. „Taaak? Takie ejtis??? Cholera, Marta, to może jednak pójdziemy…”
Stało się. Słowo się rzekło. Wypożyczamy dodatkowy sprzęt i wystrojeni w odblaskowe górskie ciuchy, a przede wszystkim w szałowe okulary pakujemy się na cztery motory i takim egzotycznym konwojem ruszamy do Paso Zongo (4700 n.p.m.), gdzie zostawiamy motory i skąd zaczynamy wspinaczkę.

(wybieramy sprzęt)

(aprowizacja)

(pakowanie)

(za nami La Paz…)


(fot. Iza)

(fot. Kuba)

(fot. Kuba)
Prowadzi znający się na rzeczy Kuba. Dzięki niemu nie musimy wchodzić w zorganizowanej grupie z agencją turystyczną i możemy to zrobić po swojemu. Iza z Kamilem i my będziemy wspinać się po śniegu i lodzie pierwszy raz.
Po południu w niezłej formie docieramy do Campo Rocas (5200 n.p.m.). Rozbijamy namioty na kamiennych półkach, gotujemy makaron z sardynkami który smakuje tak, jak …makaron z sardynkami
i kładziemy się spać. Noc ciężka, męczy mnie choroba wysokościowa (lub sardynki)…

(fot. Kuba)

(fot. Kuba)

(Campo Rocas)
Rano następnego dnia zwijamy obóz i zaczynamy wejście po lodowcu. Najpierw Kuba uczy nas wiązać liny i obsługiwać czekan, więc radośnie tarzamy się w śniegu. Ok, dosyć tej zabawy, bo tak to nigdzie nie dojdziemy…
. Zaczynamy podejście do Campo Argentino. Bartek idzie związany z Kamilem, Kuba z Izą i ze mną. Wysokość daje się nam we znaki. Niby podejście nie jest strome, ale mimo to człowiek ledwo zipie. Do tego dochodzą ciężkie plecaki. Dochodzimy w końcu do miejsca, gdzie powinno znajdować się Campo Argentino. Spodziewaliśmy się jakiegoś znaku czy miejsca na rozstawienie namiotów, ale Campo Argentino okazało się po prostu wypłaszczeniem rozciągającym się między 5500-5700 m.n.p.m. Rozbijamy się na śniegu i w namiocie przygotowujemy obiad, bo po pod wieczór temperatura raptownie spada i ciężko wytrzymać poza śpiworem. Topimy śnieg, żeby mieć co pić.

(fot. Kuba, śniadanie w Campo Rocas)

(profeska
)

(fot. Kuba)

(fot. Kuba)

(fot. Kuba)








(Campo Argentino)

(fot. Kuba, Campo Argentino)

(Campo Argentino)

(Campo Argentino, kolacja)
O 4 rano, w temperaturze -12°C, po ciemku zakładamy sprzęt i rozpoczynamy atak na szczyt. W oddali migocze La Paz. Niestety akurat w tym czasie dochodzą do naszego obozu grupy, które zaczęły wspinaczkę o 1 w nocy z Campo Rocas, więc omijając szczeliny tuptamy jeden za drugim w sznurku światełek. Jest ciężko, zwłaszcza mi i Izie, mimo że tym razem idziemy bez plecaków, które zostały w Campo Argentino. Huayna Potosi ma opinię góry łatwej technicznie, możliwej do zdobycia przez początkujących, ale podejście na wysokości 6000 m, choćby niezbyt strome, wysysa z człowieka wszystkie siły. W pewnym momencie, przed ostatnią granią, przychodzi chwila największej słabości i chcę zrezygnować. Odpoczywamy, na szczęście wstaje świt i dodaje energii. Jeszcze kawałek, po najtrudniejszej szczytowej grani, ostrożnie, bo po obu stronach przepaść …JEST!!! Weszliśmy wszyscy, zipiemy i śmiejemy się, szczęśliwi że się udało.

(fot. Kuba, tuż przed szczytem)

(fot. Kuba, szczyt)

(szczyt)

(fot. Iza, my i szczyt)

(zdobywca
)

(my i szczyt-odpoczynek)

(grupacz na szczycie)

(fot. Iza, grupacz na szczycie)
Zejście okazuje się łatwe i szybkie. Po drodze w dół zwijamy obozowisko, zjadamy yum-yumki i znowu w dół. Wkoło biało i pięknie. Do Paso Zongo dochodzimy po południu. A tu niespodzianka: w motorze Kamila zeszło powietrze z koła (pompka oczywiście została w La Paz, bo po co prać tyle rzeczy na 3 dni…), a nasze kaski i inne fanty, których nie braliśmy na górę zostały uwięzione w schronisku, gdyż szefowa pojechała do miasta i wróci jutro. Dopiero po zachodzie udaje się skołować pompkę i przychodzi człowiek z kluczem od schroniska. Po ciemku wracamy krętą szutrową drogą do La Paz. Dojeżdżamy skonani, ostatkiem sił doczołgujemy się jeszcze na pizzę i zasłużone piwo.










(fot. Kuba)

Przez następny dzień schodzi z nas zmęczenie. Mięśnie w zasadzie nie bolą, tylko człowiek jakiś taki skołowany i rozmemłany. Ale wszyscy szczęśliwi. Wielka satysfakcja, że weszliśmy po swojemu, że daliśmy radę, że było przy tym tyle pozytywnej energii, śmiechu ale i wzajemnego wsparcia. Od dawna chcieliśmy spróbować wspinaczki, jednak dzięki Kubie, Izie i Kamilowi to nie było tylko zdobycie nowego doświadczenia, ale przede wszystkim świetna zabawa od początku do końca, nawet w najtrudniejszych momentach. No i te okulary…

(film Kuby)
