Wjeżdżamy do Boliwii. Przez kilka nadchodzących dni będziemy przemierzać południowo-zachodni płaskowyż – Altiplano. Ma być prawdziwa przeprawa: przez 500 km dziko, pięknie, odludnie ale i ciężko.

Wyruszamy we troje. Willego poznaliśmy na skwerku w San Pedro de Atacama. Siedział sobie zakurzony, obok motor, więc zagadaliśmy. Podróżuje od 2 lat, za kilka dni chce wjechać do Boliwii. O, ma mapę, a my od dwóch tygodni usiłujemy bezskutecznie kupić mapę Boliwii. Siedzimy, gadamy, czas płynie. Nagle słyszymy jakiś szelest. W czasie naszej rozmowy pewien czarny kundel podkradł się podstępnie do ławki, ściągnął sobie mapę i zaczął ją rozkosznie wyżerać…Efekt: dwie wielkie dziury zamiast La Paz i Santa Cruz…

Odprawę chilijską trzeba przejść w San Pedro, 40 km przed granicą. Poszło gładko. Potem wspinamy się na granicę. Droga asfaltowa, wygodna, chociaż motory trochę „kaszlą” z powodu wysokości.

Stempel, otwarta braka, jesteśmy w Boliwii!

Droga asfaltowa skończyła się. Koleiny, wyboje, piach i „tarka”: jeśli nie jedziesz dostatecznie szybko, podskakujesz tak, że mózg się odkleja od czaszki. Z bagażu wypadają nam przez to 2 l. zapasowego paliwa i pęka butla z wodą.


(Laguna Vedrde)


(Laguna Verde)


(Laguna Verde)

Nagle pojawił się pierwszy. Potem drugi. Potem trzeci. A potem przestaliśmy liczyć…Otóż naszą dziką, odludną trasę przemierzają codziennie dziesiątki Landcruiserów ze zorganizowanymi wycieczkami z Uyuni. Słyszeliśmy, że możemy je spotkać, ale nie wierzyliśmy, że będzie tego aż tyle…

Pniemy się coraz wyżej. W końcu docieramy do boliwijskiej aduany – chyba najwyżej położona odprawa celna na świecie. W małym domiku na wysokości 5030 m.n.p.m. miły oficer wystawia nam bez żadnych problemów dokument tymczasowego importu motorów. Ciężko się oddycha. Trochę się kręci w głowie, słabość ogarnia.

Zjeżdżając z aduany odbijamy do gejzerów, na które dostaliśmy namiar od pewnego brazylijskiego motorowca. Fantastyczne błotniste bąble bulgoczą w kolorowych basenach. Łazimy wśród oparów, zachwyceni, że trafiliśmy w takie wspaniałe miejsce…Nagle rozlega się dziwny warkot. To gejzer? Ach nie, to Landcruzer… I jeszcze jeden. I jeszcze. I jeszcze…W 5 minut przy naszych „dziewiczych” gejzerach zaroiło się od turystów ;-).


(Gejzery Sol de Maniana)


(Gejzery Sol de Maniana)


(Gejzery Sol de Maniana)


(Gejzery Sol de Maniana)


(Gejzery Sol de Maniana)


(Gejzery Sol de Maniana


(Gejzery Sol de Maniana)


(Gejzery Sol de Maniana)

Wieczorem dojeżdżamy do Laguny Colorada. Mieliśmy kempować, ale przy jeziorku stoją gliniane baraki dla turystów. Po trzy dolary za łóżko. Zaszalejemy, niech tam, zwłaszcza, że noc zapowiada się mroźna.

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *