Chcemy przenieść się do Peru. To wymaga jednak przeprowadzenia motorów przez granicę, co przy posiadaniu zagipsowanej nogi stanowi pewien problem.
Na ratunek przychodzi Karol, którego Bartek spotkał przypadkiem w La Paz jak pojechał po drugi motor. Karol od naszego ostatniego spotkania coraz poważniej rozmyśla o kontynuowaniu podróży na motorze. Wobec tego Bartek spytał, czy nie chciałby nam pomóc przeprowadzić mój motor z Copacabany do peruwiańskiego miasteczka Arequipa i przy okazji sprawdzić, jak to jest podróżować na motorze. Ma pomyśleć i zadzwonić.

Po kilku dniach dostajemy wiadomość: „Kupiłem kask! Okazja, za 80 boliwianów. Czekajcie!”

Najpierw we trójkę jedziemy na małą wycieczkę brzegiem jeziora Titicaca, żeby wypróbować motor. Karol miał kiedyś skuter, więc po pięciu minutach zabawy ze sprzęgłem opanowuje Hondę.

Następnego dnia wszyscy troje jedziemy motorami na granicę. Bagaże wsadziliśmy do autobusu w Copacabanie, do którego mam się dosiąść po wypełnieniu formalności celnych na granicy. A tu klops: celnicy boliwijscy mają akurat godzinną przerwę i nie możemy zgłosić wyjazdu motorów. Boimy się, że nie zdążymy wszystkiego załatwić przed odjazdem mojego autobusu. Żeby nie tracić czasu idę na stronę peruwiańską spróbować załatwić celne formalności wwozowe, a do Boliwijczyków najwyżej wrócę później. Poszło niespodziewanie sprawnie, celnicy peruwiańscy byli nawet na tyle mało dociekliwi, że nie zainteresowali się, że baba ze złamaną nogą przeprowadza przez granicę motor, który nawet nie stoi przed ich budką. Wobec tego wracam na stronę boliwijską, gdzie akurat otworzyli aduanę, zgaszam wyjazd motoru i wskakuję w autobus do Arequipy, który właśnie podjechał.

Autobus niestety nie jedzie prosto do Arequipy, ale trzeba się przesiąść w Puno. Jak kupowaliśmy bilet, zapewnili nas, że wszystko załatwią, przeniosą bagaże i żebym się niczym nie martwiła. Rzeczywistość okazała się jednak mniej różowa: w Puno wystawili mi bagaże na chodnik i zasugerowali, żebym sobie wzięła tragarza, który mi pomoże zainstalować się w kolejnym autobusie. A tragarza trzeba opłacić w jakimś tam okienku, a żeby opłacić trzeba najpierw wymienić boliwiany na peruwiańskie sole…W rezultacie kicam po całym dworcu zanim wreszcie loguję się w autobusie do Arequipy. Z zasady lubię jazdę wypchanymi lokaerskimi autobusami, ale może niekoniecznie ze złamaną nogą. Sprytne biuro, przez które kupiliśmy bilet, podstawiło nowy i lśniący autobus na pierwszy odcinek, żeby się klient nie burzył, ale już na drugi załatwili najgorszego trupa na całym dworcu, który do tego zatrzymywał się w każdej wsi zabierając nowych Peruwiańczyków. Z dwugodzinnym opóźnieniem po nocy dojeżdżamy wreszcie do Areqipy. Po wielu godzinach akrobacji w poszukiwaniu odrobiny miejsca na zagipsowaną nogę jestem ledwo żywa. Ale udało się. Taksówka, hostel, spać.

Następnego dnia po południu dojeżdżają chłopaki. Zmordowani, bo całą drogę wiatr wiał im prosto w twarz.

Pijemy piwko, zajadamy chińczyka i czekamy na wielki dzień – jutro ściągamy gips!

Karol, jeszcze raz wielkie dzięki!

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *