Prawda, że to nieprawda, że jaki pierwszy dzień nowego roku, taki cały następny rok???

A było to tak:

Pierwszego stycznia budzi nas wicher. Namiot się ugina, trzeszczy, furczy, jeszcze chwilę i odfruniemy. Do tego stwierdzamy zaginięcie iPoda. Przez dwie godziny tropimy wczorajsze ślady. Może owce zeżarły? W końcu coś widać na szutrowej drodze, zaraz przy wjeździe do naszej miejscówki… To słuchawki strzaskane przez koła samochodu…Obok leży iPod…c-a-ł-y!!! Brakowało kilku centymetrów…

Do celu, czyli Mt Cook zostało tylko 15 km. Naradzamy się: owszem, wieje przeraźliwie w twarz, ale przecież nigdzie nam się nie spieszy, nawet jak będziemy sobie wolniutko pedałować to i tak za godzinę-półtorej najdalej dojedziemy.

Nigdy, nigdy, nigdy więcej. Do Mt Cook dojeżdżamy nieludzko zmęczeni po …4 godzinach(!!!). Kilka razy podmuch zrzuca nas z siodełka. Jak się schodzi z roweru, trzeba dociskać przednie koło do ziemi i naciskać na hamulce, żeby nie odleciał. Musimy ostro pedałować, żeby zjechać z górki.

Robimy pierwsze poważne noworoczne postanowienie: choćby nie wiem co nie będziemy więcej jeździć pod wiatr!!!

No dobrze, jesteśmy wreszcie na kempingu pod Mt Cook. Najgorsze za nami. Teraz tylko trzeba rozbić namiot w osłoniętym miejscu, na przykład tu, pod lasem, za pagórkiem…Każdy harcerz wie, że w dołku nie należy się rozbijać, ale jak człowieka przewieje, to mu się zmieniają priorytety. Kładziemy się spać dumni z naszej zacisznej miejscówki. Tymczasem zaczyna kropić…

3 rano: coś wilgotno w tym śpiworze…Faluje jak na łóżku wodnym…

BARTEEEK!!! WSTAWAJ!!! POWÓDŹ!!!

Nasza jednostka nabiera coraz więcej wody. Maty i sakwy pływają w kilkucentymetrowym bajorku, śpiwory można wyżymać…

Wyskakujemy z namiotu. Acha. Wszystko jasne. W miejscu, w którym się rozbiliśmy, zaczął płynąć strumyk…

Łapiemy co popadnie pod pachy i biegniemy w stronę chatki-świetloicokuchni, przeprawiając się po drodze po kolana przez rwący potok, który zalał przez noc mostek. Nie jesteśmy pierwsi…

Rozwieszamy mokre rzeczy, łykamy po polopirynie i kładziemy się spać na stole, otuleni w bartkowy śpiwór, który lepiej zniósł zalanie.

Rano się przejaśnia. Z minuty na minutę coraz ładniej. Między szczytami rozciągnęła się tęcza. Do kuchni wchodzi jakaś dziewczyna i mówi, że właśnie widziała namiot, który wygląda tak, jakby ktoś rozbił go na środku jeziora, haha. Bardzo śmieszne, boki zrywać ;-).

Słońce zaczyna świecić tak mocno, że wszystko schnie w godzinę. Zjadamy śniadanie, przestawiamy namiot w bezpieczniejsze miejsce i idziemy w góry, do Muller Hat, podziwiać najwyższy szczyt Nowej Zelandii – Mt Cook, na którym Hillary trenował przed zdobyciem Everest-u.

Wreszcie jesteśmy „na prostej”. Takie góry, jakie najbardziej lubimy. Lodowiec, białe szczyty. I pierwszy od Nepalu śnieg!


(Zabawy na śniegu-pojedynek na piguły)


(zabawy na śniegu – pojedynek na piguły)


(B.A.S.E. jump ;-))


(lawina)


(Zabawy na śniegu cz. 2 – na razie nie jedziesz, na razie się odpychasz :-))


(Zabawy na śniegu cz. 2)


(zabawy na śniegu – cz. 2)

Wieczorem zmęczeni i szczęśliwi zapadamy w sen. W nocy znowu zaczyna padać, ale tym razem powódź nas nie dosięga. Rano deszcz coraz gorszy – jakby ktoś nieustannie wylewał z nieba kubły wody – i zupełnie nie wygląda, jakby miało się przejaśnić. W namiocie jeszcze sucho, lecz to kwestia czasu. Lepiej się w porę przenieść do kuchni. A tam zastajemy znajome, przycupnięte postaci…

Strumienie wody, podobno ma tak lać przez najbliższe dni…Siedzimy i czekamy na moment, kiedy ulewa nieco ustanie, żeby wydostać się z Mordoru. W międzyczasie autokar przywozi japońską wycieczkę. Zakładają gumowe teletubisiowe kombinezoniki, zabierają aparaty, uśmiechnięci mówią: „sayonara” i mimo, że nic nie widać na metr, ruszają na wykupiony spacer…

Nagle do kuchni wchodzą trzy „zmokłe kury”. Właśnie zeszli z Muller Hut. Zdecydowali się iść mimo deszczu, bo podobno powyżej 800 m temperatura miała spaść poniżej 0°C i zejście było by wtedy jeszcze gorsze. Podsłuchujemy ich rozmowę i…
-„Marta, ja dobrze słyszałem, on powiedział, że jest z Polski?”
-„Mi się też tak wydawało…”
-„Czekaj, sprawdzimy” – Bartek bierze kubek gorącej herbaty z cukrem, cytryną i rozgrzewającą wkładką i pyta po polsku:
-„Może herbatki?”

Tak poznajemy Tomka, który mieszka obecnie w Australii, kocha góry i przyjechał na wakacje do Nowej Zelandii. Tomek wydostaje nas z Mordoru: pakujemy rowery i sakwy do jego wynajętego najmniejszego Daihatsu (który okazał się być rozciągliwy ;-)) i wyjeżdżamy z krainy deszczu. Dwadzieścia km od Mt Cook słońce…Spędzamy razem fajny słoneczny wieczór opychając się wyjątkowo podłym fish&chips. Trudno uwierzyć, że jeszcze chwilę temu wszyscy ociekaliśmy wodą i marzliśmy. Potem Tomek wraca dalej walczyć z żywiołem pod Mt Cook, a my zostajemy i sprawdzamy prognozę pogody: jutro bez deszczu i dobry wiatr…

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *