Jedzimy sobie to tu, to tam po południowo-zachodniej Australii. A to nad ocean, a to nad jezioro. Jest zielono, drzewiaście. Tylko zamiast gołębi fruwają stada papug. Pełno winnic, można wstąpić, popróbować. Albo zajrzeć do jednej z fantastycznych jaskiń. W lasach kempingi: drewniany stolik plus miejsce na ognisko z grillem, można zanocować za darmo lub za symboliczną opłatą. Oj, od dawna nam tego brakowało…Pichcimy sobie przy ognisku, łazimy na spacery, winko popijamy. Prawie jak w domu.
Pewnego dnia parkujemy przy brzegu oceanu. Spotykamy tatę z córką na wakacjach. Pytają nas, czy będziemy surfować. Zdaje się że w Australii – jeśli nie surfujesz albo nie latasz na kyte-cie – to musi być z tobą coś nie tak. Zakłopotani przyznajemy, że nie będziemy pływać, może kiedy indziej spróbujemy…-„Bo jak chcecie, to mam przy sobie taką małą szkoleniową czaszę, mogę was pouczyć”. Dwie godziny walczymy na plaży, hmm, chyba się wkręciliśmy…


















(południowo-zachodni kraniec Australii)



(wietnamski pepeg na południowo-zachodnim krańcu Australii)




