Każda podróż ma swoją wisienkę na torcie: wyjątkowe miejsce, trudniej dostępne, autentyczne, wieloznaczne. Tym razem naszą wisienką okazała się wyspa Guanaja.

Plan był mało skomplikowany: chcieliśmy po prostu ponurkować, korzystając z tego, że w Hondurasie można zobaczyć podwodne Karaiby po okazyjnych cenach. Deszcz wciąż nie daje za wygraną więc długo rozmyślamy, czy takie przedsięwzięcie ma w ogóle sens, głupio byłoby jednak zrezygnować a potem robić sobie wyrzuty w promieniach słońca, które zapewne właśnie wtedy złośliwie zaczęłoby świecić. Najbardziej oczywisty wybór dla „nurkowców” (jak mówi Zosia)  to wyspa Utila, gdzie ponoć szkół nurkowania więcej niż ryb na rafie. Gdy spojrzeć na mapę widać jednak, że niedaleko Utili leży sobie inna wyspa, Guanaja. Informacje na jej temat są szczątkowe. Dowiadujemy się niewiele ponad to, że od niedawna kilka razy w tygodniu pływa na wyspę szybka łódź z miasteczka Trujillo. Bartek dostaje nieszkodliwej obsesji i radośnie obala wszystkie moje racjonalne obiekcje.

Oto i nadmorskie miasteczko Trujillo. Jest w pewnym sensie ślepą uliczką, bowiem zaraz za nim kończy się honduraska droga. Za Trujillo rozciąga się olbrzymi, pozbawiony szlaków lądowych obszar zwany Moskitią (nie od dokuczliwych komarów, choć tych tam na pewno nie brakuje, lecz grupy Indian Miskito zamieszkujących te tereny). Trujillo to łakomy kąsek dla miłośników środkowoamerykańskiej historii: to tu wylądowała czwarta wyprawa Kolumba, tu założyły potem swój główny honduraski przyczółek wojska Corteza i od tego czasu rozpoczęła się epoka potyczek Hiszpanów z karaibskimi piratami. W Trujillo zakończył również swe burzliwe życie słynny amerykański awanturnik William Walker. Żyją tu też czarnoskóre ludy Garifuna, nadając miejscu specyficzny, afrykańsko – karaibski koloryt.

Dojeżdżamy do Trujillo okropnie wygłodniali, scysja rodzinna wisi na włosku. Parkujemy na placu i postanawiamy zjeść w pierwszym czynnym miejscu. I tak wchodzimy do baru Johna. John i jego bar to nie zwykła restauracja. John i jego bar to instytucja, o jakich czyta się w książkach. To tu krzyżują się drogi wszystkich ekspatów żyjących na końcu świata. Przychodzą by przy rozchybotanych ławach z pięknym widokiem na zatokę załatwiać interesy i interesiki, wymieniać informacje, plotkować –tak, jak to musiało być w czasach, gdy nie istniały telefony komórkowe i Internet a wszystkie istotne sprawy roztrząsano sącząc piwo kupione „na zeszyt”. John  krąży, z każdym zamieni słowo, wie wszystko o wszystkim.

– Na Guanaja chcecie? To zrobicie tak: dwa razy w tygodniu pływa szybka łódź. Samochód… hm… już mam, może zostawcie u Larrego? Larry, zgadzasz się?-przechwytuje mężczyznę, który właśnie wszedł do baru odebrać jakieś dokumenty. To pilot, który razem z żoną Laurą prowadzi kameralny kurort przy plaży, mają piękny duży teren.

 –Na wyspie musicie też gdzieś spać…- John dzwoni do znajomego Hansa, który od lat mieszka na Guanaja. Nie ma go teraz na wyspie gdyż do wybrzeża przybił statek lekarzy bez granic którzy wykonają operację jego oczu, ale jak dopłyniemy na wyspę zajmie się nami jego pracownik, niejaki Lindon i gdzieś nas zainstaluje.

– A w ogóle jak chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o wyspie to najlepiej od Hansito – John dzwoni po Hansito, który akurat przypłynął na tydzień do Trujillo. Po chwili poznajemy drugiego przedstawiciela ekipy zwariowanych Niemców żyjących od ponad 20 lat na Guanaja.

I tak krok po kroku, z międzynarodową pomocą wszystkich Janów, nad najgorszą pizzą na świecie i smacznym zimnym piwem zostaje zorganizowany nasz wypad na wyspę.

Na podróż przygotowałam się, a jakże: zabrałam do podręcznego plecaka przekąski, książkę, żeby się w drodze zrelaksować gdy Zośka już zaśnie. Ludzie czekający z nami na pomoście jednak jakoś dziwnie na ten mój zestaw patrzą… Żeby skrócić powiem tylko tyle: rejs na Guanaję to doświadczenie, które chciałabym wymazać z pamięci. Półtorej godziny łupiną walącą w oceaniczne fale tak, że podskakujemy kilkadziesiąt centymetrów do góry. Wszystkie moje organy: mózg, żołądek czy inne nerki podczas każdego podskoku odrywają się i wznoszą pod sufit, by po dłuższej chwili z impetem powrócić na dawne miejsce boleśnie hamując. Współtowarzysze wymiotują jak koty, po pierwszym hafcie rusza domino. Tylko Zośka bawi się jak na najlepszym wesołym miasteczku: „Juhuuu, mama, no skaczemy!!!”

Wyspa okazuje się przedziwna. Całe życie koncentruje się na niedużej skale przy wybrzeżu, zwanej Caye, gdzie jeden na drugim piętrzą się drewniane domki. To tutaj cumują łodzie przypływające z Trujillo, w wąskich uliczkach pootwierano parę sklepików, barów i nawet urzędów. Na wyspie właściwej, oddalonej od skały jakieś pół kilometra, znajdują się dwie malutkie osady: Savanah Bight na południu Mangrove Bight na północy oraz kilka rozsianych willi i ze trzy ekskluzywne, kameralne i świecące pustkami resorty. Poza tym cały jej środek jest bezludny. Nie ma na niej dróg, poza niespełna dziesięciokilometrowym kawałkiem asfaltu łączącym Savanah Bight i Mangrove Bight, po którym kursuje kilka taksówek-tuk tuków. Jednak podstawowe połączenie to transport wodny.

Zgodnie z ustaleniami z przystani odbiera nas Lindon. Wsiadamy do jego łódki i płyniemy na brzeg wyspy do posiadłości Hansa. Dobijamy do chybotliwego pomostu. Na plaży stoi prowizoryczny domek: bar i pizzeria, bo ponoć Hans robi najlepszą pizzę na wyspie. Niestety z powodu nieobecności Hansa nie było nam dane jej spróbować ale też z drugiej strony nie napotkaliśmy przez dwa tygodnie pobytu poważniejszej konkurencji w tej dziedzinie. Zostajemy zainstalowani w powstającym w głębi plaży murowanym domku. Komfort i wystrój zdecydowanie podstawowy ale i tak jesteśmy szczęśliwi, że udało nam się znaleźć miękkie lądowanie. Wkoło krząta się przemiła Sara, pomocnica i zdaje się także towarzyszka życia Hansa.

Spędzamy kilka ładnych dni pływając w i wylegując się w hamakach. Co pewien czas robimy wycieczki dróżkami prowadzącymi wśród mangrowców i dżungli lub pływamy łodzią z Lindonem.

Mieszkańcy Guanaja tworzą ciekawą mieszankę karaibskich kreoli (którzy uważają się za rodowitych Guanajarczyków) oraz przybyłych z lądu costeños. Lindon należy do tych pierwszych. Jego angielski jest tak inny, że często wychwytujemy tylko ogólny sens tego, co mówi. Paradoksalnie łatwiej nam dogadać się naszym łamanym hiszpańskim niż zrozumieć angielski dialekt.

Główna wyspa wbrew pozorom nie jest aż tak bezludna, jak się początkowo wydawało. Wśród dżungli powstały małe ścieżynki pomiędzy samotnymi domkami cudzoziemców,  To outsiderzy z przedziwnymi życiorysami którzy zapuścili tu korzenie, z różnych względów postanowili zamieszkać z dala od naszej cywilizacji. Przecinka za naszym obozowiskiem prowadzi na przykład do domu Klausa i znacznie młodszej od niego Anity. Anita pochodzi z Guanaya, mają małego synka Santiago. Żyją w prowizorycznym drewnianym domku na palach przyczepionym do drzewa, bez żadnych wygód. Na pewno to miejsce jest ucieleśnieniem marzeń Klausa, za to mamy wrażenie, że Anita akurat wolałaby przeprowadzić się do wygodnego świata, który Klaus porzucił.

Ostatnią grupę mieszkańców tworzą rozmaici misjonarze, usiłujący wprowadzać tu swój rząd dusz. Kościoły katolickie, protestanckie czy mormońskie funkcjonują sobie w zgodzie i harmonii.

I wreszcie żeglarze: wędrowne ptaki, które na dłuższy lub krótszy czas kotwiczą wokół wyspy, przyfruwając niekiedy na ląd spragnieni towarzystwa lub uzupełnić zapasy. Uwielbiamy wsłuchiwać się w ich morskie opowieści, są dla nas trochę jak eteryczne zjawy z innego, tajemniczego świata, który marzy nam się kiedyś poznać.

Na wyspie w zasadzie niczego się nie uprawia. Ludzie żyją głównie z rybołówstwa i drobnego handlu. I z czegoś jeszcze, ale o tym w swoim czasie. Wyjątkowy dzień to czwartek, gdy do skały przybija łódź z produktami żywnościowymi. Najcenniejsze są warzywa i owoce, choć mizerne i zwiędnięte znikają z koszy w błyskawicznym tempie. Czwartek to też wydarzenie o wymiarze społecznym i główna rozrywka wyspiarzy: to chwila spotkań, plotek, wypicia piwa przy ploteczkach. Biali ściągają wtedy z całej okolicy, czwartek ochrzczono nawet mianem gringo day.

Odwiedzamy też Hansito, którego poznaliśmy w barze Johna. Jego drewniany dom od wielu lat nieustanne jest w budowie.

– Dwadzieścia lat temu wyspę zniszczył huragan Mich. Przeżyłem, ale mój dom, podobnie jak wiele innych, zdmuchnęło z powierzchni. Teraz trzeba wszystko odbudować – opowiada Hansito. Huragan Mich, jeden z najsilniejszych cyklonów zeszłego wieku, faktycznie w 1998 roku zmiótł wszystko, co napotkał na swej drodze.  Mieszkańcy Guanaja byli jednymi z tych, którzy ucierpieli najmocniej. Odbudowa, podobnie jak każde przedsięwzięcie na wyspie, zajęła duuużo czasu i w zasadzie nie zakończyła się do dziś. Brak środków to jedna przyczyna, ale druga jest równie istotna.  Bo i po co komu tutaj pośpiech? Co krok natykamy się na tymczasowe rozwiązania trwające latami. Życie toczy się tu w zwolnionym tempie. Na pewno to nie jest miejsce dla każdego, żeby tu żyć, trzeba posiadać nieprzebrane zasoby cierpliwości, spokoju, opanowania, optymizmu i luzu.

W weekend wielkie wydarzenie. Niedaleko jednej z dwóch wyspiarskich osad, Mangrove Bight, odbywa się mecz piłkarski. W tutejszym sennym towarzyskim krajobrazie to wydarzenie na skalę olimpiady. Na trawiastym boisku biegają piłkarze, widownia sączy piwo i plotkuje. I tak do wieczora.

Po tygodniu postanawiamy przystąpić do organizacji nurkowania. Przenosimy się do Savanah Bight, gdzie udało nam się znaleźć Petera posiadającego trochę sprzętu i łódź. Wynajmujemy pokój w jego domku wiszącym na palach nad powierzchnią wody, pod nami co noc chlupie ocen a na nurki wsiadamy do łodzi prosto z balkonu. Jedyne co nam pozostaje to załatwić opiekę nad Zosią. Sprawa okazuje się łatwiejsza niż przewidywaliśmy – instalujemy ją na kilka dni w miejscowym przedszkolu, do którego uczęszczają wnuczki Petera. Nie trzeba wypełniać ankiet, podpisywać umów, zobowiązań, w małych społecznościach wszystko jest proste.

Co rano obserwujemy łodzie penetrujące wybrzeże. Jesteśmy przekonani, że to rybacy.

– Musicie wiedzieć, Guanaja to wyspa piratów. Ci ludzie szukają skarbu. Chodzi o to, że leżymy na szlaku narkotykowym, tędy przepływają łodzie z ładunkiem kokainy z Ameryki Południowej. Jeśli patrol namierzy łódź, przemytnicy wyrzucają towar do wody. Wtedy miejscowi ruszają aby go wyłowić. Po jakimś czasie członkowie kartelu przychodzą odebrać paczkę, a szczęśliwy znalazca dostaje porządne znaleźne. Dlatego wielu zamiast łowić ryby woli szukać białych paczuszek. Sama się za nimi rozglądam – rozmarzyła się żona naszego divemastera.

–  A jeśli paczka się nie znajdzie?

– Cóż, różnie bywa. Widzicie tamtą piękną motorówkę? To za znaleźne. A tamten wielki, podupadły hotel na brzegu to własność ważnego członka kartelu. Był bajecznie bogaty ale zabli go w więzieniu. 

Co się jada na wyspie piratów? Skoro jesteśmy w morskim raju więc oczywiście ryby i owoce morza. Jeśli Wasza stopa stanie kiedyś w Savanah Bight, koniecznie idźcie zjeść sopę marinerę u Raquel, z krabów, krewetek i langusty pływających w kokosowym rosole. Konkurent Raquel w dole ulicy postanowił jednak przebić jej zupę.

– Przyjdźcie jutro, będzie iguana – uśmiecha się właściciel budki z obiadami.- Tylko się nie spóźnijcie, bo to lokalny specjał i szybko się skończy! – dodaje.  Zapewnia, że polowanie na iguany jest w tym okresie legalne a robi się to z użyciem psa.

Meldujemy się następnego dnia o wskazanej porze. Dostajemy porcję wyglądającą bardzo niewinnie. Liczyliśmy, że na talerzu wyląduje ogon albo nóżki. A tu dostajemy zwykły gulasz. Nie wierzymy, że to iguana, więc właściciel budki demonstruje nam resztki zwierza, z którego powstało danie. Jaki smak? – niestety wspaniały. Pyszne, delikatne mięso, choć trzeba uważać na malutkie kostki.

Pewnie wyjechalibyśmy z Guanaja z poczuciem odkrycia skrawka raju, gdyby nie ostatni wieczór. Spędzamy go przy piwie u Raquel. Nagle z baru po przeciwnej stronie uliczki wybiega chłopak, za nim pędzi z krzykiem drugi mężczyzna, celuje w chłopaka i wysyła za nim trzy kulki z pistoletu. Spanikowani chowamy się za róg, nie wiemy o co chodzi. Robi się zbiegowisko. Jesteśmy chyba jedynymi, których zaszokowało zdarzenie. Rachel ze stoickim spokojem prosi nas, żebyśmy zaczekali przy stoliku i sama rusza w kierunku zbiegowiska dowiedzieć się, co zaszło. Wraca po 10 minutach.

– To biedny chłopak, narkoman. Kradnie. Teraz chciał okraść barmana i ten zaczął za nim strzelać. To się na wyspie zdarza. – tłumaczy. -Tym razem upiekło mu się. Ale jestem złej myśli, w końcu go ubiją.

– A gdzie jest policja? Strzały było na pewno słychać na całej wyspie?! – dopytujemy.

– Policja nie przyjdzie. Tu panują nasze własne prawa. –kreci głową. Z narkotykami jest problem, młodzi uzależniają się i robią złe rzeczy. Jeśli nie mogą przestać, eliminuje się ich. W zeszłym roku taki jeden chłopak zaginął. Jego matka szukała go wszędzie, biedaczka. Wykopały go po tygodniu psy, poćwiartowanego – zatroskała się.

Nasz czas na Guanaja dobiega końca. Mamy wrażenie, że dane nam było podejrzeć kawałek autentycznego karaibskiego życia, które okazało się wcale nie tak jednoznaczne jak landszaft z palmą w folderze biur podróży. Kiedyś tu wrócimy. Może jachtem, któż to wie.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *