Mamy cztery nogi i czas z tego skorzystać. Bo ostatnio zasiedzieliśmy się: ciągle tylko motor, statek…
Jak to się tutaj nonszalancko mówi, „robimy W”, czyli zaliczamy klasyczną rundę po magicznym połudnowochilijskim parku narodowym Torres del Paine, układającą się w taki właśnie kształt. Trzeba jasno powiedzieć, że to nie żaden górski wyczyn, ale przyjemny, łagodny treking dla dużych i małych. Latem ściągają tu tłumy, ale teraz, jesienią, jest pusto.
Doliny i niższe części gór pokrywa czerwono-złoty dywan jesiennych drzew, a wyżej piętrzą się dziwaczne formacje skalne. Mamy szczęście, bo ponoć potrafi tu padać tygodniami i niczego się nie zobaczy. Tymczasem jest przyjemnie: zimno, ale świeci słońce. Trochę przyspieszamy, żeby skorzystać z pogody i zobaczyć jak najwięcej i w rezultacie 4-5dniową trasę wykonujemy w 3 dni. I dobrze, bo ostatniego dnia pogoda się psuje. Zaczyna padać śnieg…
Dzień 1 – Torres del Paine:








(Excel)






Dzień 2 – Valle del Frances:

















(po 14 godzinach marszu…)
Dzień 3 – Lodowiec Grey:




















