Rano, żeby nie było, że z nas ostatnie dzikusy i nie dbamy o rozwój duchowo-intelektualny, jedziemy 50 km za Xi’an zaliczyć armię terakotową.
Trzeba przyznać, że wykopali kawał historii – 6000 posągów żołnierzy, każdy wielkości człowieka, z II w. p.n.e. Chińczycy rzeźbili, a my wtedy ganialiśmy po lasach z dzidami i czciliśmy dęby :-).

Od rana siąpi deszcz, trochę psuje nam to plany, bo mieliśmy zamiar pojechać na świętą górę Hua Shan, przenocować na szczycie i wrócić następnego dnia. Mimo wszystko nie zmieniamy grafiku, a nuż się przejaśni. Autobus ma spore opóźnienie, pod górę dojeżdżamy tuż przed zmierzchem. Leje straszliwie. Szybka decyzja – rezygnujemy z podejścia i wjeżdżamy do pierwszej stacji kolejką linową. Jutro zobaczymy, co dalej. Przy górnej stacji kolejki jest schronisko, ale ceny mają kosmiczne a w pokojach smród jak w dworcowym kiblu. Znajdujemy nieopodal kawałek równego klepiska (to nie było łatwe, bo dookoła nagie skały) i rozbijamy nasz namiot.

Rano pochmurno, ale nie pada. Namierzyli nas i każą zwijać namiot. Pewnie w przyszłym roku pojawią się znaki „no camping”. Dopiero teraz widać, jaki to kawał pionowej skały. Wspinamy się na kolejne szczyty. Z minuty na minutę przybywa chińskich turystów, ale i tak jest pięknie. Co chwila ktoś nas zaczepia i prosi „ju wiz mi picier?” i pstrykają sobie z nami fotki – czujemy się jak bernardyn na Krupówkach. Bartek krzyczy za nimi: „5 juan, 5 juan” :-). I żeby zrehabilitować się po wczorajszym frajerskim wjeździe kolejką, fundujemy sobie chińską wspinaczkę…troszkę te skałki wyższe, niż w naszej Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Po południu schodzimy piechotą na sam dół góry, połowa zejścia, tj. kilka kilometrów, to kamienne schodki wykute w skale o nachyleniu 70 % . Kolana mamy jak z waty, oj, będziemy cierpieć.

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *