W spokojnej i cichej Copacabanie zaroiło się. Do miasteczka ściągają sznury przystrojonych samochodów z całego Peru na doroczne święcenie.



Wszyscy to wszyscy… Żeby zakręty były proste. I drogi szersze. I grawitacja nieco mniejsza…
Najpierw pojazdy należy piknie przystroić. Buszujemy wśród kolorowych straganów w poszukiwaniu odpowiednich girlandów zanim decydujemy się na dwie prześlyczne mariposy. I jeszcze dzwoneczki na kierownicę. I jeszcze konfetti na zderzaki..
Ubieramy nasze maszyny. Łoboże, jakie cudne!



Teraz tylko trzeba znaleźć miejsce w rzędzie samochodów na brzegu Titicaca. Zadanie trudne, łokciem trzeba popracować, ale dzięki pomocy dziarskiej właścicielki naszej ulubionej budy z pstrągiem wciskamy się między oczekujących.


Wreszcie pojawia się padre z wiadrem święconej wody. Najpierw sumiennie skrapia naszych sąsiadów; i po masce przeleciał, i po kołach, i po silniku…Wreszcie kolej na nas!

I po wszystkim. No, prawie. Bo jeszcze trzeba piwem oblać maszyny, uroniwszy przy tym nieco dla Pachamamy. I konfetti posypać. A za księdzem podąża akredytowany szaman, żeby kadzidłem i zaklęciem na wszelki wypadek porawić po padre…
Impreza trwa prawie cały tydzień. W dzień święcenie, a w nocy balanga. Bogato. Ale co tam, w końcu fury poświęcone, teraz to można i na gazie wracać do domu, bo i tak nic się nie może już stać
.




