Jechaliśmy, jechaliśmy i wreszcie dojechaliśmy na legendarny Salar de Atacama. Motory zatankowane po brzegi, do tego po 4 litry benzyny w kanistrach i jeszcze na wszelki wypadek po 2 litry w plastikowych butelkach – tak, żeby jeździć, gdzie nas fantazja poniesie, zgubić się na kilka dni wśród soli, piasku, gór i lagun. Do naszego ekwipunku dokupujemy ciepłą kołdrę (prezent od rodziców z okazji dnia dziecka – dziękujemy!) i tak uzbrojeni ruszamy do walki z pustynną amplitudą.
Słońce praży, gorąco, do tego wiatr wyjątkowo współpracuje, w ogóle nie czujemy prędkości.Po południu wjeżdżamy na salar. Wielka, otoczona górami płaszczyzna, na niej rozsiane kopalnie soli. Po obu stronach drogi zwariowane solne wzory. Mijamy sporo kopalnianych ciężarówek, ale na szczęście stopniowo ruch zamiera.

(zwrotnik Koziorożca)

(droga na pustynię)

(sól – pierwszy kontakt)


(kopalnia soli)


(solne puzzle)
Powoli rozglądamy się za miejscem na nocleg. Widać jakieś kaniony. Tam czegoś poszukamy. Zjeżdżamy z drogi, kilometr tańczymy na piasku i zaschniętej glinie, aż wreszcie dojeżdżamy do końca kanionu. Idealne miejsce na kemping, osłonięci od wiatru, poza zasięgiem ludzkiego wzroku.
Po zachodzie temperatura natychmiast zaczyna spadać. Szybki obiad i do namiotu. Nadchodzi czas próby…
***
Śpimy mocno do samego rana. Sprawdzamy termometr: było -2. Lenimy się w śpiworach wzmocnionych kołdrą dopóki cały namiot nie utonął w słonecznym blasku. Tak, teraz możemy zacząć kolejny dzień…



