Jedziemy i jedziemy. Nasz los zależy od baterii: to one wyznaczają nasze postoje, noclegi.

Drugiego dnia padło na wiejską podstawówkę z internatem in the middle of tzw. nowwhere. Zapadał już zmrok, Bartek usłyszał wrzaski i zadecydował, że się „wbijamy”.

No i się zaczęło.

Podstawówka na 300 dzieciaków, 30 nauczycieli, w tym kilku znających parę słów po angielsku.

Dostajemy do spania pokój nauczycielski. Dzieciaki są wszędzie. Całe chmary. Otaczają nas, wrzeszczą tak, że nie słyszymy własnych myśli. Zaglądają wszelkimi możliwymi dziurami do naszej noclegowni.

Jedna z nauczycielek zaciąga mnie do swojej klasy. Dzieciaki odśpiewują mi piosenkę, krzyczą „welcome to China”, wreszcie trzy wytypowane przez panią dziewczynki-prymuski wypowiadają do mnie po angielsku jakieś zdanie. A potem dzieci zażądały ze mną wspólnej fotki. Dałam nauczycielce aparat i ustawiłam się z dzieciakami – rzuciły się na mnie wszystkie jednocześnie, bo każde chciało być na zdjęciu obok białasa. Za chwilę leżałam na ziemi a nauczycielka usiłowała odciągnąć swoich podopiecznych, coby mnie nie zadusiły :-))) No to miałam swoje trzy sekundy sławy :-)))

Potem wzięła nas w opiekę przemiła nauczycielka plastyki, bardzo dobrze mówiąca po angielsku. Na koniec dostaliśmy od niej prezent – wykonane przez nią własnoręcznie tradycyjne chińskie obrazki, z dedykacjami. Urocze to było.

Rano zjadamy śniadanie w internatowej stołówce. W trakcie śniadania kilka dzieciaków przynosi nam liściki napisane po angielsku, domagają się, żebyśmy odpisali. Odpisujemy ;-), maluchy są przeszczęśliwe. Wreszcie żegnamy się, jedziemy dalej.

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *