Wstajemy rano i jedziemy ok. 50 km w góry do klasztoru Youning. Jest to po prostu „mnisia” wioska: kilka świątyń, powiewające na wietrze modlitewne flagi i domy mnichów. Klasztory powstały w XVII w., podobno w latach świetności mieszkało tu kilka tysięcy mnichów, ale teraz zostało tylko (!) 203. Tyle wystarczy jednak, żeby na uliczkach było purpurowo. Mnisi żyją sobie zwyczajnie: pielą grządki, gotują, budują domy, siedzą w knajpach. Bez patosu.

Odnajdujemy „naszego” mnicha, który zabiera nas do swojej chałupy i na dzień dobry wlewa w nas znajomo smakującą herbatkę z mlekiem, solą i masłem…Oprowadza nas po wiosce i pokazuje, którędy iść do kolejnego klasztoru, 5 km pod górę. Zostawiamy plecaki na plebanii i „na lekko” idziemy na spacer. Wracamy późnym popołudniem. Nie chcemy robić mnichom kłopotu i próbujemy wyłgać się od obiadu, ale nie ma mowy.

Przed snem idziemy jeszcze na mały obchód wioski. Nagle, wśród ciemnych uliczek, pod rozgwieżdżonym niebem, zaczynają rozbrzmiewać monotonne mnisie śpiewy, przerywane tylko klekotem kołatek. Aż ciarki chodzą po plecach…już wiemy, po co jechaliśmy tu taki kawał drogi.

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *