Noc w namiocie. Zimno, oj zimno, jeśli nawet powyżej zera, to niewiele.
Ale od rana świeci słońce i szybko nas ogrzewa. To co, może spróbujemy jeszcze raz podjechać na granicę? Wczorajszy celnik pewnie dziś ma wolne…
A tu niespodzianka. Za biurkiem znowu mądraliński. Na poczekaniu wymyślamy jakąś mało wiarygodną historyjkę tłumaczącą nasz powrót, ale chyba mądraliński się połapał, o co tak naprawdę nam chodziło, bo poczerwieniał i wściekły wydziera się na nas: „THESE MOTORBIKES WILL NOT CROSS THE BORDER!!!” A potem wyp..rosił nas z pokoju.
Sprawdzamy, że 60km na północ jest jeszcze jedno nieduże przejście. Szutrowa droga, góry, powinno być bardzo ładnie, więc tak czy siak możemy się tam przejechać. Niestety, tu też porażka. W paszportach zrobił się nam do tego niezły bajzel, bo za każdym razem procedura wygląda tak, że najpierw żandarmeria, która nie ma nic do motorów, wbija nam pieczątkę opuszczenia Argentyny, a potem celnik nas cofa, wobec czego żandarmeria musi anulować wcześniejszą pieczątkę.





Dość tych granic. Pora zrobić przerwę. Prom z Puerto Montt i tak już popłynął. Kotwiczymy na dwa dni w małej osadzie Villa Pehuenia. Czas pobawić się motorami. Wjeżdżamy na wulkan Batea Mahuida. Pływamy kajakiem po jeziorkach. Gotujemy dobre rzeczy. Zbieramy siły do dalszej walki.






(przez wulkan przechodzi granica – to my tak jedną nogą, chociaz na chwilę, w imię zasad…)









(doswiadczenie – kamyk wulkaniczny nie tonie)








