Kierujemy się na północ, w góry.
Okazuje się, że po drodze oprócz bawołów, świń i kur trzeba uważać jeszcze na słonie…



(zbieramy punkty na Shell’u)
Robimy postój w Udomxai. Stąd jest już całkiem blisko do Chin, co widać. Miasto zdominowane jest przez chiński biznes. Przypominają nam się obrazki sprzed pół roku. Ku radości zebranych mówimy „nichau” zamiast „sabaj-di” (dzień dobry) i „siesie” zamiast ” kapczaj” (dziękuję). Idziemy do chińskiej knajpy…to jest ten smak!
.
Kolejnego dnia poputaliśy nieco drogę – przegapiliśmy skręt i zamiast jechać na północ zaczęliśmy zbliżać się do wietnamskiej granicy. Żeby nie wracać tą samą drogą decydujemy się na transport rzeczny. Pakujemy się do łodzi z motorami i upchnięci pomiędzy lokalesów płyniemy sobie. Bo ile w końcu można jeździć?


(sałatka mięsna, sticky rice i Beerlao – laotański zestaw obowiązkowy)








