Zmierzamy na zachód, w stronę Chile. Wymyśliliśmy, żeby dojechać do chilijskiego Puerto Montt, tam złapać prom i przez fiordy spłynąć na samo południe do Puerto Natales, żeby potem wzdłuż granicy chilijsko-argentyńskiej wracać na północ przez Patagonię. Musimy się spieszyć, bo na południu wkrótce przyjdzie zima.
Przeprawiamy się w poprzek Argentyny przez pustą, płaską, rolniczą prowincję Pampa. Co mniej więcej 100 km małe, śpiące lecz urokliwe miasteczko, zawsze podobnie rozplanowane: w centrum kościół i zielony skwer, a wkoło wąskie uliczki z podupadłymi, kolonialnymi budynkami. Co pewien czas przemknie rozklekotany, stary Citroen czy Ford, czasem odziany w obowiązkowy beret gaucho na koniu zajedzie.
Argentyna nas sprawdza. Skoro przebrnęliśmy już przez meandry tutejszej biurokracji, czas na atrakcje pogodowe. W środku tzw. niczego łapie nas ulewa. Nie ma nawet gdzie przeczekać. Zakładamy przeciwdeszczowe kombinezony i brniemy do przodu. Widoczność makabryczna. Wodoodporne ciuchy dają radę, ale buty kompletnie przemoczone, zaczynamy dygotać. Najgorsze ze wszystkiego są jednak mijanki z tirami: jakby ktoś chlupnął na nas z boku z całej siły dziesięcioma wiadrami wody. Przez kilka sekund ma się wrażenie, że przykrywa nas morska fala.
Po 150 km w tak pięknych okolicznościach przyrody dojeżdżamy do celu. Zaczyna świecić słońce. Mimo to decydujemy się udoskonalić nasz motorowy ekwipunek o kaloszki. Teraz to nam mogą…!









