Mkniemy na północ, ku granicy z Laosem. Będziemy testować z naszymi rakietami po kolei wszystkie przejścia graniczne, aż do skutku.
Łapie nas ulewa. Zakładamy sprzęt przeciwdeszczowy i tniemy dalej. Pada jednak coraz gorzej, ledwo widać drogę. W końcu stajemy pod jakimś daszkiem.
-„Jak się jedzie, Robaczku?”
-„Dobrze, tylko straszne wertepy.”
-„Jak to wertepy, ja nic nie czułem?”
-„No takie, że aż kierownica lata i trudno utrzymać.”
-„Pokaż mi, dziecko, ten motor…Uhmm…. a od dawna są te wertepy?”
-„Ze dwadzieścia minut będzie”.
-„A to pięknie, od dwudziestu minut jedziesz z przebitym kołem…”
Na szczęście okazało się, że zatrzymaliśmy się dwadzieścia metrów od wulkanizacji. Chwila-moment i dętka załatana.
Można jechać dalej. Ruch jest spory, ale to nic w porównaniu z Sajgonem. Drogi raczej dobre. Co kilkadziesiąt metrów pod drzewkami miejsca postojowe dla strudzonych kierowców: rząd hamaków i budka z zimnymi napojami.
W końcu dojeżdżamy do Buon Ma Tuot, stolicy kawy i wodospadów. Robimy sobie dwudniowy postój.
Kawa – faktycznie fantastyczna, parzona w małych filtrach, stawianych bezpośrednio na szklankach. Jak przeleci wrzątek, filtr się zdejmuje i można pić.
Wodospady też są, huczą i grzmią. Odjeżdżamy trochę dalej – a tu proszę, następny mały wodospadzik z kusząco wyglądającym basenem…No to chlup do wody!
Wieczorem trafiamy na knajpę pod tytułem „zrób sobie sam swojego spring-roll’a”. Dostajemy stos papierów ryżowych, kawałki mięsa, zielenię, kluseczki, kilka sosów i zaczynamy zabawę. Rolling, rolling, rolling…










(rośnie sobie kawa)






(rozgrzewka po 40 km w ulewie)
