Tęsknimy za słońcem. Od początku podróży niebo jest ciągle zachmurzone, co jakiś czas mży. A my sobie naiwnie wyobrażaliśmy, jak to będzie przyjemnie jechać na rowerku bez pedałowania i chłodzić się wiaterkiem w południowochińskim skwarze
.
W drodze bywa różnie: zwykle widoki jak z obrazka: tarasy ryżowe, chłopi w stożkowych kapelusikach z bambusowymi nosidłami, dziwne górskie formacje, ale zdarza się też i pół dnia w pyle i spalinowym smrodzie.
Przejeżdżamy przez tereny, gdzie białego turysty raczej nie uświadczysz, czyli w prowincji Hunan, na południowy zachód od Changshy. Fajne przeżycie, bo ludzie są nami bardzo zainteresowani, przemili, uczynni. Z dogadywaniem się różnie bywa, bo z reguły Chińczycy nie znają ani słowa po angielsku. My co prawda nauczyliśmy się kilku słów – kluczy po chińsku (Bartek to nawet potrafi zamówić zimne piwo, czyli „piszu pinda” w kilku różnych dialektach
), ale w przeważającej mierze od gadania aż nas ręce bolą. Raz jednak trafiamy na wyjątkowe miejsce: małe miasteczko z barwnym targowiskiem. Baterie się ładują, my sobie jak zwykle spacerujemy. Ale co parę kroków ktoś do nas z uśmiechem woła: „Hello, how are you, where are you from, have a nice time!”. Jak dotąd takie zwroty znali tylko handlarze na Chińskim Murze. Kilka osób mówi na tyle dobrze, że można się z nimi bez problemu porozumieć. Wstydzą się mówić, ale bardzo chcą i mocno się starają. Chodzimy sobie z nimi po miasteczku, odwiedzamy ich domy – jesteśmy dla nich „oknem na świat” i rzadką okazją do wypróbowania angielskiego, a oni dla nas szansą na zrozumienie, co się wokół nas dzieje, więc wzajemnie zasypujemy się pytaniami. Czas ładowania baterii przeleciał nie wiadomo kiedy.
