Do wizyty w Dunhuang-u mieliśmy sceptyczny stosunek, bo miejsce jest popularne a zabytki słynne, co zwykle oznacza tłum turystów i baloniki na drucikach, ale było w miarę po drodze (o ile w Chinach – ze względu na gigantyczne odległości – cokolwiek może być po drodze), więc zrobiliśmy tu przystanek.
W pociągu hard-sleeper była mała przygoda: zalosowałam górną pryczę w 6-osobowym przedziale z grupą Pakistańczyków. Po jakimś czasie zachciało mi się zleźć z wyrka, zgramoliłam się na podłogę, a tu nie ma moich sandałów. Szukam wszędzie, ale zapadły się pod ziemię. Jeden ze współtowarzyszy podróży pomaga mi szukać, ale bez rezultatu. Po jakichś 10 minutach mówi, że jeszcze sprawdzi, bo jego koledzy poszli jeść, więc może któryś założył moje buty. Biegnie do Warsu i po chwili wraca cały w przeprosinach z moimi sandałami w łapie
)) W końcu trzeba się dzielić z bliźnimi
))
Ale wracając do tematu. Rano pojechaliśmy zobaczyć Mogao Caves ze słynnymi posągami Buddy. Turystów trochę było, ale bez tragedii. Przede wszystkim jednak – co nas zdziwiło – byli to wyłącznie Chińczycy. Jaskinie można zwiedzać tylko w grupie z przydzielonym przewodnikiem, który ma klucz do poszczególnych jaskiń. Obcokrajowcom przysługuje przewodnik gadający po angielsku. Ale że zagramanicznych zwiedzających było aż dwoje, czyli Marta i Bartek, to przydzielają nam prywatną Chinkę, która nas oprowadza i opowiada o jaskiniach i rzeźbach. Teoretycznie po angielsku, ale większość słów tak przekręca, że wytężamy wszystkie komórki, aby zrozumieć. W zasadzie ma opanowany jeden tekst. W pewnym momencie ktoś ją zaczepia i musi przerwać przemowę, a za chwilę wraca do nas i zaczyna od powtórzenia w identyczny sposób dwóch ostatnich zdań, z identyczną miną i intonacją, jakby jej taśmę przewinęli. Ale ogólne wrażenie z wycieczki bardzo pozytywne, dużo, dużo lepiej, niż się spodziewaliśmy. I jaskinie faktycznie robią wrażenie – z fantastycznie zachowanymi (łącznie z kolorami) posągami Buddy z VI w n.e., niektóre miały nawet po trzydzieści parę metrów. Fotek nie ma, bo zabierają przed wejściem aparaty.
Zgłodnieliśmy, więc idziemy na obiadek. Postanowiliśmy zaszaleć.
Pięć km od Dunhuang-u są fajowe wydmy. Jedziemy, wydmy faktycznie niezłe, ale otoczone niekończącym się płotem, a za płotem koszmarek: tłumy wchodzące gęsiego na wydmę, część na wielbłądach, startują motolotnie, no po prostu lunapark. I do tego żeby w ogóle wejść, trzeba dużo zapłacić. No nie, trzeba ominąć system i wejść na wydmy w innym, spokojnym miejscu. Idziemy w bok, podchodzimy do płota żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie ma jakiejś dziurki, skradamy się…Przed nami jacyś ludzie, pewnie strażnicy, więc przystajemy. Ludzie przed nami przystają też…Za chwilę ogólny śmiech. Bo to nie strażnicy, tylko kilku młodych Chińczyków, którzy też chcieli obejść system, ale się przestraszyli, że nadchodzą strażnicy, czyli my
. Niestety, za chwilę natykamy się na prawdziwego strażnika, z tubą do krzyczenia: „ej, ty tam, spieprzaj z wydmy!”, więc plan chwilowo legł w gruzach. Wobec tego postanawiamy iść sobie spacerkiem wzdłuż płotu, w końcu kiedyś płot powinien się skończyć. Idziemy, idziemy, ale nic. Napotykamy piaskowego stworka, który piszczy:
-„Nie róbcie, mi krzywdy, darujcie mi życie, bo ja jestem czarodziejskim pustynnym robalem i w zwaian spełnię wasze życzenie!”
-„Ok, robalu, to zrób tak, żeby skończył się płot”.
-„Nie ma sprawy, jak zniknę, pójdziecie jeszcze pięć minut, i płotu nie będzie”.
I tak się stało.
A potem był już piach. Duuużo piachu.
