Dosyć tych atrakcji, postanawiamy zboczyć nieco z turystycznej trasy i poeksplorować po swojemu. Mapy Borneo są niestety tragiczne, pozostaje rozpytywać o drogę miejscowych. Mamy zamiar dotrzeć bocznymi górskimi drogami do Pekan Sook i stamtąd wrócić naokoło do Kota Kinabalu. Pokazujemy, którędy chcemy jechać. Ludziom trudno zrozumieć, po jaką cholerę wybieramy boczne, kiepskie drogi, skoro do Kota Kinabalu prowadzi piękna autostrada :-).

Po dniu jazdy żwirową, wyboistą drogą jesteśmy w Pinangah. Coś się Bartkowi w motorku telepie, podjeżdżamy do sklepiko-warsztatu zapytać, czy mają śrubkę. Uśmiechnięty pan operujący nienaganną angielszczyzną wysypuje nam na stół cały arsenał śrubek.
-„Z Polski jesteście? Ojczyzny Wałęsy, który zaprowadził demokrację w Europie Wschodniej?”-zagaduje. Potem jeszcze chwilę dyskutujemy o sytuacji politycznej Rosji. Uszom nie wierzymy. Skąd on u diabła wziął się w tej dziurze? Ano okazuje się, że uczył się w anglikańskiej misji, a poza tym lubi czytać i wiedzieć, co się dzieje na świecie.

Wypytujemy o drogę do kolejnego naszego punktu, Keningau. „Hmm, powinniście dać radę, najlepiej jednak odwiedźmy mojego znajomego w sąsiedniej wiosce, on ma swój biznes i często jeździ do Keningau, to powie wam dokładnie, jak się jedzie, będziecie mogli u niego zanocować i rano ruszyć dalej. Jedziemy. Niestety, pana przedsiębiorcy nie ma w domu. Za to u sąsiadów impreza. Mają dzisiaj – jak się dowiadujemy – „drinking session”. Zostajemy zaproszeni. Drewniana chałupa na palach, w środku jedna wielka izba ze stołem zastawionym podejrzanymi przysmakami, a wkoło stołu ludzie sączą z wielkich dzbanów przez długie słomki zajzajer. Jak się wypije swoją porcję, trzeba dolać do dzbana szklankę wody. Najlepiej też zatkać pijącemu nos, żeby nie ściemniał i wypił całą porcję.

Po jakichś dwóch godzinach zabawy wraca nasz przedsiębiorca. Dostajemy kolejny posiłek. Potem pyta,czy mamy ochotę na kąpiel przed snem. Pewnie, że tak. To idźcie za mną. To tu: pokazuje na rzekę :-).

Następnego dnia rysuje nam na kartce mapę, jak dojechać do Keningau. Droga powinna być przejezdna. Wprawdzie padało, ale nie za mocno, więc rzeki, które musimy pokonać po drodze, powinny być w miarę płytkie.

Początek miły. Rzeka po kolana, da się przejechać. Ale po kilku kilometrach zaczyna się grząskie błoto. Do tego górzyście. Motory ślizgają się jak na lodowisku. Na domiar złego mój ma źle ustawione amortyzatory, glina dostaje się pod błotnik i blokuje koło. Trzeba wydłubywać je co 10 minut. Ustalamy, że popróbujemy jeszcze przez godzinę, jak się nie polepszy, wracamy. Na szczęście mija nas pikup. Kierowca obiecuje, że za jakiechś 7 km powinno się poprawić. Faktycznie, lepiej. Wieczorem zmęczeni ale zadowoleni dojeżdżamy do Keningau. Stąd już łatwo będzie wrócić do Kota Kinabalu, oddać maszyny i przenieść się na Jawę, na długo wyczekiwane spotkanie…


(mapa)


(wydłubywanie błota)


(początek asfaltu)

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *