21 lutego – dzień przyjazdu rodziców. Rano odbieramy ich z lotniska w Bangkoku. Są! Powitania, uściski. Zmaltretowani po wielogodzinnym locie (do tego zmiana czasu), ale szczęśliwi. Ale to nie koniec podróży! Trzeba się jeszcze dostać na wyspę! Tego samego dnia pakujemy się więc do kolejnego samolotu, który teleportuje nas do nadbrzeżnego miasteczka Trat…Rodzice odpływają na fotelach…

Jesteśmy w Trat-cie. Lotnisko hm…jakby to określić…etniczne :-)

W porcie, na południe od Tratu, przesiadamy się na speedboat’a, który dowiezie nas wreszcie do celu, czyli na maleńką wysepkę Koh Mak. Morze jest wzburzone, motorówka wali o fale, podskakujemy jak na wertepach. Droga do raju nie jest łatwa… Zwłaszcza Mama ledwo żywa, ale dzielna.

Wreszcie jesteśmy na miejscu! Rodzice wypakowują DARY z Polski. Chleb, szyneczka, śledziki, fla…o cholera, gdzie jest flaszka???!!! Tata się zarzeka, że pakował na 100%! Bagaże są skipiszowane! Krótkie śledztwo i eliminacja pozostałych opcji wykazuje, że musiało się to stać w trakcie przesiadki w Moskwie na lotnisku Sheremetyevo. Wot swołocz…

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *