Po opuszczeniu Salaru Uyuni przedostajemy się na kolejny, mniejszy Salar Coipasa. I znów pochłania nas słona biel.







Naszym celem tym razem nie jest jednak salar, ale małe wioski zamieszkałe przez władającą własnym językiem mniejszość Chipaya, położone na jego obrzeżach. Nie jest łatwo tam trafić, kilka razy wybieramy niewłaściwe ścieżki i musimy zawracać. Do tego dochodzi przeprawa przez głęboką rzekę, bo mostu nie zdążyli jeszcze dokończyć…



Wreszcie docieramy do Chipayi. Słyszeliśmy, że tutejsi ludzie nie są przychylnie nastawieni do odwiedzających, każą płacić astronomiczne sumy za wjazd do wioski. Zatrzymujemy się przy jednej z pierwszych chałup, pytamy o nocleg. W wiosce jest dopiero co wybudowany hotelik, w którym możemy spędzić noc. Uzgadniamy cenę. A ile możecie nam zapłacić za pobyt w wiosce? Odpowiadamy, że nic. Płacimy za nocleg, więc to powinno upoważniać nas do pobytu w wiosce. Ustępują.
Sama Chipaya nie jest tak ciekawa jak jej okolice. Na polach otaczających wioskę rozsypane są maleńkie, okrągłe domki wykonane z prostokątnych, wycinanych prosto z pola kawałków gliny. Spacerujemy po polach, zaczepia nas pastuszek kręcący w dłoniach wrzeciono z wełną lamy. Wypytuje o Polskę, co tam się uprawia i hoduje, opowiada o Boliwii. Pokazuje swoje gospodarstwo składające się z trzech tradycyjnych domków: w jednym mieści się sypialnia, w drugim kuchnia, w trzecim „salon”. Do tego malutki domik dla dwóch prosiaków, bo prosiak – inaczej niż lamy – nie wytrzymałby zimnej nocy bez schronienia. Gawędzimy sobie i zastanawiamy się czy przypadkiem nasz nowy przyjaciel na zakończenie nie będzie chciał kasy. Ale nie. To tylko nasza paranoja. Facet po prostu był nami zaciekawiony tak samo jak my nim i chciał sobie urozmaicić popołudnie.
Kobiety Chipaya mają swój własny tradycyjny strój, przypominający brązową opończę z trójkątnym kapturem rodem z „Historii żółtej ciżemki”. Włosy splatają w 60 afrykańskich warkoczyków, które następnie wiążą w dwa duże warkocze. Tyle, że niewiasty zwąchały interes: nie ma kasy, nie ma zdjęcia. Nie to nie.
Ogólnie ludzie Chipaya wbrew zapowiedziom okazują się mili i życzliwi. Jedyny niemiły akcent to żądanie kasy za fotografię przez kobiety.










(jedyne zdjęcie ludzi Chipaya, które udało się zrobić)






Koniec tych bezdroży. Czas jechać do La Paz. Za miejscowością Huachacalla wjeżdżamy na pierwszy od 1000 km asfalt…




(ruiny przy drodze do Oruro)

(ruiny przy drodze do Oruro)

(ruiny przy drodze do Oruro)
