Powoli kończy się nam kontynent. Zaczynamy niezobowiązująco dywagować nad sprzedażą motorów.
Ale tu napotykamy problem: żaden Kolumbijczyk nie jest zainteresowany kupnem: same motory niczego sobie, mówią nam, ale argentyńska rejestracja to kłopot – nie da rady jeździć tym na stałe po Kolumbii…
Wygląda na to, że będziemy musieli znaleźć cudzoziemca, który też chce przejechać motorem Amerykę i zaczyna podróż w Kolumbii. Dajemy ogłoszenie na forum motorowym – ale cisza… Większość Europejczyków czy Amerykanów w ogóle nie bierze pod uwagę jazdy na motorze mniejszym niż 650 cc… Trudno w tym środowisku znaleźć podróżnika z naszą filozofią, czyli że maszyna musi być przede wszystkim popularna, łatwa w naprawie, nie zwracająca na siebie uwagi, w miarę lekka, wygodna do zaparkowania na noc w dziwnych miejscach itp.
Trochę zaczynamy się obawiać, że ciężko będzie ze sprzedażą. No nic, to przecież dopiero przymiarka, jak dojedziemy na północne wybrzeże zabierzemy się porządnie za kampanię reklamową.
Póki co jedźmy sobie spokojnie przez Kolumbię…
Zatrzymujemy się w dość popularnym turystycznym miejscu – Dolinie Cocora, porośniętej tysiącami cienkich, wysokich palm…


Leje tak, że wbrew pierwotnym planom rezygnujemy z namiotu i zatrzymujemy się w hostelu. Przed budynkiem zaparkowany motor. Jedzie na nim parka: on Kanadyjczyk, podróżuje od roku, ona z Norwegii. Poznali się dwa miesiące temu w drodze, facet złożył propozycję nie do odrzucenia, więc ona wiele nie myśląc wskoczyła na tylne siedzenie…
– Na motorze jest spoko, tylko chyba wolałabym jednak na własnym jechać, w Ekwadorze pewnie sobie coś kupię… – mówi Jenny.
– Taaak? Bo my właściwie przymierzamy się do sprzedaży…Może chcesz któryś z tych? – rzucamy pół żartem pół serio.
– Taaak? A może…
– Jak chcesz to jutro się przejedziesz, zobaczysz, czy ci któryś odpowiada…
O matko, co my najlepszego zrobiliśmy!!! Bartek, ona na serio??? Że niby mamy tak znienacka zakończyć? Eee, nie tylko pewnie tak gada, jutro odwoła wszystko…Chyba masz rację…A jak nie odwoła to jesteś pewien? No..hmm…taka okazja może się nie powtórzyć…Dobrze, ale przynajmniej nie schodzimy z ceny…
Następnego dnia jedziemy na przejażdżkę. Pogoda paskudna, błoto i ślisko. Jenny najpierw próbuje mojego mniejszego XL-a. Trochę walczy ze sprzęgłem, które jest dosyć krótkie i trzeba do niego przywyknąć. W końcu jednak łapie w czym rzecz. Jak na pierwszy raz na motorze i do tego w ciężkich warunkach idzie jej naprawdę dobrze. W powrotnej drodze przesiada się na Tornado. Jenny jest wysoka więc w przeciwieństwie do mnie nawet dotyka na nim stopami do ziemi
. Tornado zdecydowanie bardziej jej odpowiada. Rozpędza się pewnie…zakręt…z przeciwka nadjeżdża ciężarówka…Jenny hamuje, a pod kołami śliskie liście…ups…gleba na asfalcie przy 40 km/h…Podnosimy ją, kolano solidnie zdarte i potłuczone ale chyba nic strasznego…
Noga – poza sińcami i zadrapaniami – cała. Myśleliśmy, że po tej przygodzie dziewczyna sobie tymczasowo odpuści – a tu ku naszej rozpaczy twarda sztuka się trafiła…
Następnego dnia notariusz i łza w oku…
Adios, Tornado…:((((
Musimy się przeorganizować. XL nie udźwignie nas dwoje i bagaży. Zabieramy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, resztę wysyłamy pocztą do Cartageny na północ Kolumbii. A my na jednym motorze dalej w trasę…Połowa kasy zainwestowanej w motory odzyskana, więc nie musimy się już martwić tak bardzo o czas i dobrą sprzedaż XL-a.. Mimo to głupio jakoś…Niby powinniśmy się cieszyć, że tak niespodziewanie szczęście nam dopisało, a tu markotno…Ech…


