Spędzamy kilka chwil w Cartagenie organizując sprzedaż XL-a. Wygląda na to, szczęście nam znowu sprzyja: znajdujemy nabywcę, i do tego tak wyrozumiałego, że pozwala nam używać naszej maszyny do czasu wyjazdu z Kolumbii.

Zatem znowu w trasę, na wschód, wzdłuż karaibskiego wybrzeża.


(okolice Santa Marta)


(okolice Santa Marta)

Pierwszy postój to położony u stóp pasma Sierra Nevada de Santa Marta słynący z rajskich plaż nadmorski Park Tayrona. Żeby jednak nie było za łatwo, dojdziemy do morza mniej uczęszczaną ścieżką przez góry. Zostawiamy motor w małej wiosce Calabazo, zabieramy ze sobą namiot, trochę jedzenia i ruszamy.

Pierwszą noc spędzamy w lesie, wśród kamiennych ruin dawnej osady ludów Tayrona.

Następnego dnia docieramy do wybrzeża. Jednak gdy wreszcie znaleźliśmy się na słynnej plaży Capo de San Juan, do której można również dopłynąć łódką albo dojść w dwie godziny plażą przez główną bramę Parku, jesteśmy nieco rozczarowani: miejsce w zasadzie rajskie, ale wkoło jak na nasz gust za dużo ludzi. Wszyscy tłoczą się jeden na drugim na kempingu, smażą grupami na piasku, całość bardziej przypomina nadmorski kurort niż park narodowy…Brakuje tylko motorówki z bananem… Uciekamy stamtąd czym prędzej. I dobrze, bo po pół godzinie znajdujemy zupełnie pustą, dziewiczą plażę, całą dla nas, tak, jak lubimy, na którą z niewiadomych przyczyn nikomu się nie chce przywędrować…


(strumien wpadajacy do morza przy naszym namiocie – zrodlo slodkiej wody)


(nieproszony gosc w namiocie – tarantula)

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *