Może to jeszcze nie lato, ale przynajmniej wczesna jesień. Powoli, dzień po dniu, ściągamy z siebie sukcesywnie ciepłe warstwy. Jeszcze jakieś 500 km na północ i powinno zrobić się przyzwoicie.

A propos „po-winno”. Na rozgrzewkę trochę wina z doliny Colchagua. Chcemy zostać tu jeden dzień i zrobić objazd winiarni. Jeszcze śpię jednym okiem, gdy Bartek wrzeszczy: „Wstawaj, trzęsienie ziemi!” Trzeźwieję w jednej sekundzie. Faktycznie, łóżko faluje, dzwonią szafki… „Gdzie moje spodnie? Cholera, przecież tak nie wyjdę!” Zanim spodnie się znalazły, trzęsienie się skończyło. Sprawdzamy – miało siłę 4.9, reminiscencja trzęsienia z 27 lutego. Dla nas to było nie wiadomo co, ale ludzie prawie tego nie zauważyli. Takich „małych” wstrząsów wtórnych jest podobno tyle, że już nikt nie zwraca na nie uwagi.

Wreszcie jedziemy do winiarni. Dolina słynie ze szczepu Carmenere. Dla nas nowość i odkrycie. Bardzo fajne wino.W jednej winiarni panie obierają ręcznie winogrona. W kolejnej zabeczkowane wino sucha klasztornej muzyki w sali przypominającej kaplicę, żeby było jeszcze lepsze. W trzeciej winiarni…wchodzimy, pytamy, czy można spróbować i ewentualnie kupić. „Hmm” – zadumał się właściciel. „W zasadzie to my nie prowadzimy degustacji i sprzedajemy tylko hurtowo…ale wejdźcie”. Oprowadza nas po winiarni. Z zewnątrz tego nie wdać i dopiero w środku można się przekonać, jakie szkody spowodowało „duże” trzęsienie ziemi. Poprzewracane zbiorniki, wszędzie coś naprawiają. W końcu właściciel pyta: „No dobrze, a karton z sześcioma butelkami wejdzie wam na motor?” No i skończyło się tak, że opuściliśmy winiarnię z ciężkim, szklanym prezentem najwyższej jakości.


(skubanie winogron)


(wino na koncercie)


(skutki trzęsienia)


(dar:))

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *