Im dalej na zachód, tym piękniej. Niestety, wiatr się na nas gniewa i wieje prosto w gębę. Nic to, pedałujemy zawzięcie wzdłuż wściekle turkusowego kanałku. Droga zamknięta, więc nie ma samochodów. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że kiwikierowcy traktują rowerzystów bardzo tolerancyjnie: zwalniają i omijają wielkim łukiem, pozdrawiają: im tobie gorzej, czyli im bardziej stroma górka, silniejszy wiatr i mocniejszy deszcz, tym większe serdeczności.
A propos deszczu, zaczyna lać…Dygocząc z zimna zatrzymujemy się w pierwszym napotkanym budynku, okazującym się farmą łososia. Herbatkę ciepłą gotujemy, ciuchy mokre zmieniamy, kupujemy za grosze (chyba potraktowali nas promocyjnie…) kawał świeżusieńkiej ryby: będzie i na sashimi, i na grilla…
Deszcz przestał padać, ale wieje bardzo mocno. Po 60 km uznajemy, że na dzień dzisiejszy mamy dosyć jazdy, a i łosoś kusi z bagażnika…

(Kanał)

(Kanał)

(Kanał)

(Farma łososia)

(Lake Pukaki)

(Lake Pukaki)

(Lake Pukaki)

(Lake Pukaki – w oddali Mt Cook)

(Lake Pukaki)

(Lake Pukaki)
