Na początek postanawiamy objechać sobie pobliski Banks Penisula, wytworzony przez wybuch wulkanu, z wewnętrznym naturalnym portem Akaroa.

Startujemy dosyć późno, gdyż słońce świeciło przyjemnie i się nam jakoś tak zeszło przy pakowaniu. Nie szkodzi, bo pierwszy odcinek wyznaczyliśmy krótki i płaski, żeby się za szybko nie zniechęcić. Do tego dostajemy mocny wiatr w plecy. Ledwo musimy dotykać pedałów, rowery same się toczą. Tak to możemy jechać :-). Po drodze mijamy wracającą parę Anglików, którą wcześniej spotkaliśmy na kempingu w Christchurch: zasapani, średnia 8 km/h. W życiu trzeba mieć szczęście :-).

Wieczorem zaczynamy z wolna rozglądać się za jakimś przyjaznym miejscem na rozbicie namiotu. O, tu nad rzeczką byłoby miło. No ale to czyjaś posesja…Zatrzymaliśmy się i myślimy co tu zrobić, a tymczasem do bramy podjeżdża samochód – wracają właściciele (jak się potem okazało miejscowi ekolodzy, utrapienie okolicznych farmerów). „Możemy się u was rozbić?” „Oczywiście, mamy bardzo miękką trawę :-)”.

No dobrze, kiedyś jednak trzeba wjechać pod górkę. Drugiego dnia ambitnie wybieramy piękną, ale dłuższą i wymagającą drogę. Oj, stromo…Najpierw 400 m w górę na krater, a potem jeszcze przez kilkadziesiąt km góra-dół brzegiem krateru. Parę razy kapitulujemy, wypijamy Colę Zero ;-) i pchamy rowery. Ale za to ze szczytu taki widok, że nam wracają siły.


(na szczycie)

Dnia trzeciego, żeby a) uniknąć zmęczenia dnia trzeciego oraz b) uniknąć deszczu (bo prognoza nie zachwyca) zostajemy w miasteczku Akaroa i zbieramy siły do dalszej walki.


(lokalna wytwównia sera)


(lokalna wytwównia sera)


(czekoladka)

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *