Przesuwamy się na północ Laosu.
Bartek postanawia wystawić na próbę moją miłość do niego i do Hondy. Szperał w internecie po różnych forach, nawiązał KONTAKT z zapaleńcami, którzy przejechali Laos na motorach tam i z powrotem i znają się na rzeczy. Jeden z nich polecił, żeby jechać wspaniałą drogą 23, że jest fantastyczna, „just blast”.
Offroad będzie…
Miał być i jest, ale w łagodnym wydaniu. Żwir, wertepy, ale spokojnie da się jechać. Przed nami rzeka. Most się jakby trochę zawalił…Za to w pobliżu jest pan z tratwą, dzięki czemu sprawnie przeprawiamy się na drugi brzeg. Zatrzymujemy się na odpoczynek w mikrowiosce. W sekundę zlatują się wszystkie dzieciaki. Sensacja przyjechała! Maluchy speszone, ale ciekawość wygrywa.
Pierwszy dzień offroadu zakończony sukcesem. Docieramy do wsi Toumlan. Idziemy coś zjeść. Widzimy, że przed wejściem właściciel usiłuje obrać kokosa.. Męczy się potwornie, a efekt marny. -„Daj to, chłopie…Patrz, jak to się robi!”- Bartek wykorzystując afrykańsko-andamańskie doświadczenie szybko i sprawnie obiera kokosa. Notowania białego człowieka w środkowo-wschodnim Laosie znacząco wzrastają…


(uprawa lotosów)


Drugi dzień na drodze 23 zaczął się miło, droga żwirowa, ale całkiem całkiem.
Co pewien czas trzeba sforsować strumyk, bo mosty nie wytrzymały próby czasu. Poza tym da się jechać. Mijamy kilka leśnych chałup – pod jedną z nich dziewczyny tkają. Oglądamy się wzajemnie z dużym zainteresowaniem
.





I to by było na tyle miłej przejażdżki, jako że tuż za chałupami droga się pogorszyła. A w zasadzie nie tyle się pogorszyła, ile się po prostu najzwyczajniej skończyła! Została tylko wąska, zarośnięta ścieżynka prowadzącą przez dżunglę. Albo piach po kostki, albo błoto po kolana, albo sterty kamieni, albo krzaki…Co robić, grzejemy dalej po ten „blast” z prędkością 5 km na godzinę.
Robi się skwar, jesteśmy głodni, bo ruszyliśmy bez śniadania uznając, że zjemy coś po drodze w jakiejś wsi. Pierwsza, druga, trzecia godzina, a tu nic – żadnej wsi czy chałupy, tylko dżungla dookoła. Jest delikatnie mówiąc ciężko. Co kilkadziesiąt metrów slalom po kamieniach z przeprawą przez strumień. Bartek w najtrudniejszych momentach przeprowadza oba motory. Zastanawiamy się, czy nie zawrócić. Jesteśmy skonani.Chyba zaczynamy łapać, o co chodzi z tym „blastem”. To tak jakby ktoś chciał pojeździć w Polsce na rowerze, wszedł na forum, trafił na Jacka i dowiedział się, że największy czad to przejechać z Kuźnic pzez Kasprowy do Popradu;-).
Po pięciu godzinach, o Boże, nie wierzymy szczęściu, widać chałupy! Jeść dajcie, dobrzy ludzie! Zapraszają nas do środka. Dialogi raczej marne. Próbujemy ze słownikiem o coś pytać, ale wygląda na to, że niewiele rozumieją nawet po laotańsku. W końcu dają żarcie! Wsuwamy po garści najpyszniejszego na świece sticky rice’u i zagryzamy bananem
. Można ruszać dalej.
W brzuchach lepiej, ale droga niewiele się zmieniła. Jedyna rzecz nas ratuje – nie pada i wygląda na to, że już dzisiaj raczej nie popada.



(dalej nie jadę!!!)

O 17 docieramy do rzeki, przez którą jak zwykle jest most, ale zburzony. Wiedzieliśmy o tym, ale uznaliśmy, że znajdziemy jakąś przeprawę. I faktycznie – jest pan z czółnem. Pertraktacje cenowe na piachu i ładujemy się. Motory przyczepiają gumami do mocowania bagaży, my też wsiadamy, a kierownik z kolegą brodząc po pachy w wrącej wodzie pchają ten kram na drugi brzeg. Konstrukcja się groźnie chybocze, łódka robi raz to, co chce kierownik a raz to, co chce rzeka. Uff, wysiadka. Halo, proszę pana, ale to jeszcze nie jest drugi brzeg, tylko wysepka z kamieni! Ok, ok, dalej na piechotę, bo woda jest tylko po kolana. Przeprowadzają motory, przenosimy bagaże. Udało się. Chociaż w czasie przeprawy przemknęła przez głowy myśl, „a niech się w cholerę utopią te motory …”;-).
Jest osiemnasta. Zaraz będzie ciemno. Wyjeżdżamy z doliny rzeki. Jezu! Droga żwirowa! Po 11 godzinach jazdy dojeżdżamy do celu – Muang Phin. Mięśnie nas bolą tak, jakby ktoś w nie gwoździe wbijał. Uuu, jutro to się nie ruszymy…









(meta: pomnik przyjaźni laotańsko-wietnamskiej w Muang Phin)
