Po przeprawie ze znachorem wsiadamy na rowery i na pełnym gazie odjeżdżamy. Nie oszczędzając naszych rakiet wspinamy się na solidną przełęcz…i to był błąd, bo nagle Pong zazgrzytał i przestał jechać. Odczekaliśmy parę minut, ostygł i ruszył, ale za kilka metrów znowu padł. I tak w kółko. Zamieniamy się na rowery, Bartek jedzie na moim zepsutym i ostro pedałuje, zwłaszcza pod górę (niestety prawie ciągle jest pod górę), bo wtedy bateria trochę dłużej działa. Po dwóch godzinach dojeżdżamy do miasteczka Ziyuan. Bartek ledwo dycha. Na szczęście znajdujemy niedrogi i nowiutki (na korytarzach jeszcze stoi farba i kafelki), czyściutki hotel, nad samiuśką rzeką. Potem idziemy do mechanika i opisujemy, w czym problem. Facet ogląda rower, testuje go: a ten złośliwiec działa teraz bez zarzutu. Zawsze tak jest…

Następnego dnia rano…świeci słońce! Pierwszy raz od początku trasy! Gęba sama się śmieje. I tylko co chwila słychać huk fajerwerków, bo to dziś chiński National Day.

Bartek – złota rączka rozkręca „moduł sterujący” Ponga. Chyba jest w swoim żywiole, bo z Ponga zaczyna wystawać co niemiara kolorowych kabli ;-). Żarty żartami, ale mój inżynier lokalizuje usterkę: za mocno obciążyłam rower na podjeździe, kostka (cokolwiek to jest :-)) stopiła się i doszło do zwarcia. Wracamy do warsztatu i pokazujemy, w czym rzecz. W warsztacie są pod wrażeniem, że biały turysta sprytniejszy od nich. Po chwili majstrowania Pong znowu działa!

Jesteśmy rozleniwieni i tylko czekamy, które z nas pierwsze zaproponuje, że robimy dziś dzień luzu. Bo jest już dość późno, więc i tak za daleko nie dojedziemy, a i koszulka 4 000 jakby ma już trochę przybrudzone mankiety i przyda się jej mały serwis…zostajemy do jutra w w Ziyuan.

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *