Tęsknimy za słońcem. Od początku podróży niebo jest ciągle zachmurzone, co jakiś czas mży. A my sobie naiwnie wyobrażaliśmy, jak to będzie przyjemnie jechać na rowerku bez pedałowania i chłodzić się wiaterkiem w południowochińskim skwarze :-).

W drodze bywa różnie: zwykle widoki jak z obrazka: tarasy ryżowe, chłopi w stożkowych kapelusikach z bambusowymi nosidłami, dziwne górskie formacje, ale zdarza się też i pół dnia w pyle i spalinowym smrodzie.

Przejeżdżamy przez tereny, gdzie białego turysty raczej nie uświadczysz, czyli w prowincji Hunan, na południowy zachód od Changshy. Fajne przeżycie, bo ludzie są nami bardzo zainteresowani, przemili, uczynni. Z dogadywaniem się różnie bywa, bo z reguły Chińczycy nie znają ani słowa po angielsku. My co prawda nauczyliśmy się kilku słów – kluczy po chińsku (Bartek to nawet potrafi zamówić zimne piwo, czyli „piszu pinda” w kilku różnych dialektach ;-)), ale w przeważającej mierze od gadania aż nas ręce bolą. Raz jednak trafiamy na wyjątkowe miejsce: małe miasteczko z barwnym targowiskiem. Baterie się ładują, my sobie jak zwykle spacerujemy. Ale co parę kroków ktoś do nas z uśmiechem woła: „Hello, how are you, where are you from, have a nice time!”. Jak dotąd takie zwroty znali tylko handlarze na Chińskim Murze. Kilka osób mówi na tyle dobrze, że można się z nimi bez problemu porozumieć. Wstydzą się mówić, ale bardzo chcą i mocno się starają. Chodzimy sobie z nimi po miasteczku, odwiedzamy ich domy – jesteśmy dla nich „oknem na świat” i rzadką okazją do wypróbowania angielskiego, a oni dla nas szansą na zrozumienie, co się wokół nas dzieje, więc wzajemnie zasypujemy się pytaniami. Czas ładowania baterii przeleciał nie wiadomo kiedy.

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *