Wstajemy bladym świtem, żeby zobaczyć chińską atrakcję nr 1, czyli Mur. Zamierzamy przejść kawałek mniej znany, położony dalej od Pekinu i ponoć „dziki”, z Jinshanling do Simatai.

Pogoda niestety niezbyt sprzyjająca, pochmurno i mgliście. W Jinshanling faktycznie spotykamy dosłownie kilku turystów. Mur wygląda autentycznie i wydaje się, że nie ma końca. Robi wrażenie, chociaż widoczność niestety szwankuje. Za to co 100 m stoją naganiacze: kup pan wodę, suwenira, T-shirta. Najwytrwalsi drepczą za tobą dobrych kilka minut, z reguły do następnej wieżyczki, czyli strefy wpływów kolejnego naganiacza. Ale ogólnie część przynależąca do Jinshanling jest godna polecenia.

Natomiast fragment muru przy Simatai, o którym słyszeliśmy dużo dobrego, rozczarowuje. Najwyraźniej nie tylko my słyszeliśmy, bo widać sporo ludzi. Pełno dodatkowych atrakcji: a to wiszący mostek, a to elektryczny tramwaj pod górkę, a to zjazd na linie. Oszołomieni uciekamy z muru, goni nas głupawka, zmykamy przed nią do kolejki linowej, ale spryciula i tak nas dopadła…

Może Ci się również spodobać...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *