Po długiej debacie postanowiliśmy odpuścić sobie wizytę w Lhasie, bo jak dowiedzieliśmy się od ludzi, którzy właśnie stamtąd wrócili, aktualnie jedyna opcja zobaczenia miasta to wycieczka za rączkę z chińskim przewodnikiem. Nie można zwiedzać samodzielnie, mnisi pozamykani, poza miasto też nie da się wydostać, bo na drogach stoją patrole, no i przede wszystkim zamknęli granicę z Nepalem, czyli z naszego planu przejechania z Lhasy do Kathmandu raczej nici. W tej sytuacji kupujemy bilet lotniczy bezpośrednio z Chengdu w Sichuanie do Kathmandu na 18 października. Tym razem na granicy będzie grzecznie
.
Co nie oznacza, że odpuściliśmy wizytę w klasztorach, bo drugim po Lhasie najważniejszym miastem tybetańskich mnichów jest Xiahe, położone prawie na naszej trasie. Postanowiliśmy tam pojechać i stamtąd zrobić kilkudniowy wypad w okoliczne góry. Idziemy na dworzec autobusowy, żeby kupić bilety do Xiahe, ale nic z tego: Xiahe zamknięte i obstawione patrolami, też były tam rozruchy. Kombinujemy, co w tej sytuacji robić dalej. Ktoś nam doradza, że najbliższe klasztory tybetańskie są jeszcze w okolicach Xining. Wobec tego jedziemy do Xining.
Na dworcu w Xining zaczepia nas mówiący po angielsku „pomocnik”. Mamy wprawdzie dystans do takich typków, ale w sumie co nam szkodzi go wypytać – w końcu osoba znająca angielski i zorientowana w miejscowej sytuacji to prawdziwa rzadkość. Mówimy, że zależy nam na spędzeniu kilku dni w górach i odwiedzeniu klasztorów. Oglądamy mapy, debatujemy, facet ma sporą wiedzę. Pokazuje nam, gdzie są tybetańskie klasztory i obiecuje, że do najbliższego może z nami pojechać autobusem drogami bez patroli, a potem pokaże nam, którędy dalej dostać się w góry i do kolejnych klasztorów. Za swoje „porady” chce niewiele, więc ubijamy interes.
Następnego dnia jedziemy PKS-em na wieś. Lokujemy się w zaprzyjaźnionej z „przewodnikiem” chałupie. Panie przyodziewają mnie w swoje ludowe szaty, a potem wdrapujemy się do klasztorów. Nie są to zabytki, ale po prostu wiejskie kościółki. Zdybaliśmy mnichów przy lepieniu pierożków, całych upapranych w mące. Przerwali robotę i rozchichotani oprowadzili nas po klasztorze. Okazało się, że jeden z mnichów przyjechał tylko w odwiedziny, bo na codzień mieszka w klasztorze wysoko w górach – tym, do którego chcemy potem dotrzeć. Jak już będziemy, mamy go odszukać, to pokarze nam klasztor i przenocuje.
Całe popołudnie łazimy po polach. Pola są strome i wysokie. O, czego oni nie uprawiają
))
