Posiedzieliśmy nad mapą, podumaliśmy, i wyszło nam, że najciekawiej będzie opuścić Pamir Highway i odbić na południe, aby  jechać szutrówkami wzdłuż granicy afgańskiej. Najpierw planujemy kierować się na wioski Szaimak i Kyzyl Rabat. Miejsce jest co najmniej interesujące, na styku granic Tadżykistanu, Afganistanu i Chin, a gdyby się człowiek porządnie  wychylił na południe, to zobaczyłby także Pakistan.

Nie wiemy, czy uda nam się przejechać zaplanowaną trasą, bo do poruszania się po tym  rejonie potrzeba specjalnych zezwoleń, których nikt w Murgabie nie chce wydać. Wymyślają rozmaite powody: że granica z Chinami niestabilna i niebezpieczna, że w Afganistanie epidemia cholery, że droga nieprzejezdna albo po prostu, bez żadnych wyjaśnień: nie bo nie i kropka. Każdy mówi co innego, urzędnicy odsyłają nas od Annasza do Kajfasza, kompletna dezinformacja, nikt nie chce wziąć na siebie ciężaru wydania zgody. Urzędnicy i wojskowi w większości nie mają nawet pojęcia, którędy biegną drogi i gdzie mieszczą się posterunki kontrolne. W tym chaosie postanawiamy mimo wszystko jechać i w razie czego stosować sprawdzoną wielokrotnie taktykę „rżnięcia głupa” na punktach kontrolnych.

Pierwszy odcinek do wioski Szaimak mija szybko. Kawałek dalej w Kyzyl Rabat natykamy się niestety na posterunek pograniczników. Wychodzi dwóch chłopaków, którzy za bardzo nie wiedzą, co z nami zrobić. Twierdzą, że droga jest nieprzejezdna, głębokie błota, sugerują zawrócić. Ku naszej radości nie wypytują o żadne dokumenty ani zezwolenia.  W końcu niechętnie puszczają nas dalej.

Robi się coraz piękniej, coraz bardziej pusto. Po przeciwnej, afgańskiej stronie rzeki widzimy nakrapiane jurtami łąki Małego Pamiru. Mały Pamir należy do najbardziej odizolowanych zakątków świata. Tam skryli się przed bolszewikami niepokorni Kirgizi, którzy nie chcieli porzucić koczowniczego trybu życia. Uciekli za jezioro ZorKul i rzekę Pamir (która dalej na zachodzie łączy się z rzeką Pandż), poza rosyjską strefę wpływów, gdzie po dziś dzień żyją według starych obyczajów. To jedni z ostatnich prawdziwych nomadów, mieszkający w jutrach i wypasający stada przez cały rok, bez względu na śniegi i mrozy. Do Małego Pamiru nie wiodą żadne drogi, jedyny sposób, aby się tam dostać, to nielegalna rzeczna przeprawa przez granicę z Tadżykistanem lub wielodniowa podróż piechotą przez przełęcze od strony Afganistanu lub Pakistanu.

Po  tadżyckiej stronie rzeki prawie nikt nie mieszka. Tylko raz natrafiamy po drodze na domek pasterzy, którzy oczywiście zapraszają na herbatę i kefir. Są dumni ze swojego nowego glinianego obejścia, wcześniej żyli w jurcie. Tym razem zabraliśmy ze sobą cały arsenał cukierków, którymi możemy zrewanżować się gospodarzom.
– Już kiedyś przejeżdżali tędy turyści na motorach, ale się nie zatrzymali jak machałem – skarży się smutno pasterz. To nam uświadamia, jak bardzo ci żyjący na krańcu świata ludzie są spragnieni kontaktu z innymi, jak ciekawi, zwłaszcza, gdy z przybyszami da się porozmawiać łamanym rosyjskim. Robi nam się głupio, bo przecież my też tyle razy przemykaliśmy dalej gdy miejscowi nas zatrzymywali.

BYLEDALEJ_AC_04970
Gdzieś pomiędzy Szaimak a Jarty Gombez
BYLEDALEJ_AC_04938
U Kirgizów niedaleko Szaimaku

Pomimo ostrzeżeń pograniczników, przeprawa nie jest bardzo trudna. Wieczorem dojeżdżamy do Jarty Gumbaz, obozu myśliwych. Przed ich domkiem piętrzy się sterta rogów objętych ochroną owiec marco polo. Nie mamy ochoty na kolejną przeprawę przez rzekę, więc z duszą na ramieniu atakujemy prowizoryczny pieszy mostek, a wszystko po to, żeby rozbić się po drugiej stronie przy gorącym źródle – zachciało nam się hotelu z łazienką. Musicie jednak wiedzieć, że pamirskie gorące źródła nieco odbiegają od sielankowych europejskich wyobrażeń. Baseniki są zwykle obudowane prymitywnymi wiatami, nie ma szans na kąpiel pod gwiazdami. Tym razem powstaje również problem z temperaturą wody, która przekraczała 40 ̊ i nie daje się w niej wytrzymać dłużej niż kilka minut. Mimo wszystko i tak jest cudownie, czyści i rozgrzani wskakujemy do namiotu.

W nocy słyszymy dziwne dźwięki. Coś smaga ściany namiotu, coś więcej niż silny wiatr, choć nie bębni jak deszcz. Rano wszystko staje się jasne. Wkoło zrobiło się przez noc biało… Patrzymy na siebie niewyraźnie i zadajemy sobie pytanie, na jak długo tu ugrzęźniemy? Na szczęście słońce na 4000m jest tak mocne, że do południa wszystko topnieje i wysycha, możemy ruszać dalej.

BYLEDALEJ_AC_04948
Mostek w Jarty Gumbez, po drugiej stronie budka z gorącym źródłem
BYLEDALEJ_AC_04961
Kurhan w Jarty Gumbez

Dojeżdżamy do wielkiego jeziora ZorKul. Tadżyckie tereny nad jeziorem Ziorkul otrzymały status parku narodowego, teoretycznie na wjazd potrzebne jest zezwolenie z Murgabu. Zatrzymuje nas pasterz z jurty, którego mianowali strażnikiem parku, i prosi o pokazanie pozwolenia na wjazd. Zatem nadchodzi czas, aby zastosować taktykę „rznięcia głupa”: przyznajemy z rozbrajającą szczerością, że nie mamy zezwolenia i prosimy, żeby nam je wystawił. Nie dowierzamy, ale pan twierdząco kiwa głową i wystawia nam regularne bilety, po 5 usd każdy! A potem już standardowo: herbatka, kefir, sesja zdjęciowa na motorkach, propozycja zamiany motoru na dwa jaki itp.

Przejazd nad ZorKul to jeden z najpiękniejszych fragmentów Pamiru. Gdy docieramy do kolejnego granicznego posterunku w Kargusz wybiegają zaskoczeni strażnicy i dopytują, jakim cudem tędy przejechaliśmy. Według nich na teren ZorKul nie ma aktualnie absolutnie wjazdu. Po dłuższej debacie dochodzą jednak do skądinąd logicznego wniosku, że kazać nam się cofać po zamkniętej ich zdaniem strefie byłoby jeszcze gorzej, niż nas z niej wypuścić. Swoją drogą to ciekawe, że wschodnia granica tadżycko afgańska aż po Kargusz prawie wcale nie jest strzeżona. Miejscowi twierdzą jednak, że od strony afgańskiej tak ciężko się tędy przedostać (jest to możliwe tylko piechotą), że nawet przemytnikom nie opłaca się szmuglować towarów. Cała afgańska kontrabanda jedzie ponoć w ciężarówkach normlanymi drogami na zachodzie, to tam wiedzie główny szlak przerzutowy narkotyków do Rosji i dalej do Europy.

BYLEDALEJ_AC_04995
Z rangerem znad Zor Kul
BYLEDALEJ_AC_05004
Po drugiej stronie jeziora kirgiskie jurty
BYLEDALEJ_AC_05008
Kemping nad Zor Kul
BYLEDALEJ_AC_05024
Widok na szczyty Wielkiego Pamiru znad Zor Kul

Przemieszczając się na zachód wciąż przy granicy z Afganistanem, zjeżdżamy prawie dwa tysiące metrów niżej, do zachodniego Pamiru, do doliny Wahańskiej. Zachodni  Pamir wygląda zupełnie inaczej, niż jego część wschodnia. Tworzą go wąskie, żyzne doliny jak m. in. Wahań, otoczone pionowymi, brunatnymi skałami. Nie ma tu już Kirgizów, ale rolnicze plemiona, które określają się jako Pamirczycy. Każdy kawałek ziemi w dolinie jest zajęty pod uprawę, nie ma wręcz gdzie rozbić namiotu. W końcu jedna rodzina udostępnia nam kawałek swojego ogródka. Nazajutrz częstuje chlebem własnej roboty, a poza tym proponuje zakup… garści rubinów.
-Skąd je masz?
-Sam zebrałem. Niedaleko, trzy godziny drogi w góry.

Marzyło nam się jeszcze w Polsce, żeby przejechać na druga stronę rzeki Pandż, na stronę afgańską. Niestety raczej się nie uda, gdyż aktualnie przejście graniczne jest zamknięte, oficjalnie z powodu epidemii cholery. Spoglądamy za rzekę i w sumie myślimy sobie, że chyba nie ma czego żałować. Czym życie po drugiej stronie może różnić się od tego, co widzimy w Tadżykistanie? Krajobraz wygląda podobnie, a ludzie to przecież Wahowie, tak samo jak tutaj. Czy jest sens ryzykować wycieczkę  do Afganistanu w zasadzie tylko dla stempla w paszporcie?

Wreszcie dojeżdżamy do miasteczka Khorog, stolicy Pamiru i prowincji Badachszan. Dwa tygodnie spędzone na dużych wysokościach, przy nocnych przymrozkach i dziennej spiekocie, pobieżnych kąpielach w lodowatych strumykach dały nam w kość. Czas zrobić sobie przerwę.

BYLEDALEJ_AC_05036
Zjeżdżamy do zachodniej części Pamiru, w stronę posterunku w Kargusz
BYLEDALEJ_AC_05039
Coraz bliżej korytarza Wahańskiego, w dali szczyty Hindukuszu
BYLEDALEJ_AC_05059
Początek Doliny Wahania
BYLEDALEJ_AC_05103
Gorące źródła Bibi Fatima, jedne z najprzyjemniejszych w Dolinie Wahania
BYLEDALEJ_AC_05062
Poczęstunek u Wahów
BYLEDALEJ_AC_05067
Kup pan rubin
BYLEDALEJ_AC_05065
Ołtarzyk ismailitów, Wahań
BYLEDALEJ_AC_05082
Ruiny XII – wiecznej twierdzy Jamchun w Wahaniu

You may also like...

9 Comments

  1. alez swietny post! chcialoby sie od razu odpalic maszyne i tam jechac!
    co za widoki i klimat.
    warto czasem wchodzic na Waszego bloga sammemu a nie czekac az powiadomicie o nowym poscie na fb 🙂
    m.

    1. Ej, to może zmieńcie kierunek i połączymy siły! 🙂

  2. Ech, Wielki Pamir, Hindukusz… A u nas Kopa Cwila 🙂

    1. 🙂 Za to teraz (Iran) nie możemy się nawet piwa napić. Musimy sobie ponarzekać,żebyplusy nie przysłoniły nam minusów 😉

  3. Bardzo miła relacja, dziękuję!
    Razem z chilijskimi dyplomatami cieszymy się, że strona tadżycka Wam wystarczyła. Pozdrawiamy wszyscy!

    1. Oj, to pozdrawiamy całą załogę z całych sił! A ze stroną Tadżycką – hmm, nie mówmy hop 😉

  4. Add Your CommentNie no brawo! Rozdawajcie dalej cukierki, a potem się dziwić że krzyczą bombon, bombon! Gratulacje!

    1. Kasia, masz co do zasady świętą rację i zgadzamy się z Tobą, że rozdawanie „biednym dzikim” 😉 przez turystów cukierków czy innych ołówków a już w najgorszym przypadku pieniędzy, żeby pstryknąć trzy fotki i odjechać, jest paskudne. Sami od dawna z tym walczymy.
      Natomiast w tym przypadku to trochę co innego. Kirgizi w jurtach zwykle częstują Cię wszystkim, co mają najlepszego. Na kirgiskim stole zawsze leżą też cukierki przygotowane dla gościa. Zrewanżowanie się im kilkoma słodyczami położonymi na wspólnym stole jest formą grzeczności. To tak, jak i u nas- idąc w gości też pewnie nie raz zabierasz drobiazg dla gospodarza…
      To nasze podejście, co nie znaczy, że jedyne słuszne 🙂 Pozdrawiamy!

  5. Przepiękne widoki, wspaniała przygoda, jeszcze lepszy komentarz, gratuluję tego wszystkiego. Motywujecie do działania i wyjazdów, pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *