Po pobycie w zimnych i deszczowych górach postanowiliśmy dostosować trasę do prognozy pogody i jechać za słońcem. Gdy narzekamy na bure, mokre chmurzyska i 10 stopni miejscowi pytają, czy tam gdzie mieszkamy jest teraz bardzo ciepło. I weź tu człowieku wytłumacz Majom, którzy całe życie spędzili w przeciekającej gliniance z paleniskiem i dla których obraz standardowego polskiego mieszkania byłby niczym dla nas kiedyś wystrój wnętrz z „Dynastii”, że u nas listopad jest wprawdzie o wiele brzydszy tylko że my wtedy siedzimy w ciepłym fotelu w mieszkaniu z kaloryferami, pralką i zmywarką…
Po ucieczce z gór rozstawiamy obóz na zielonym, stosunkowo suchym płaskowyżu, który nazywamy sobie roboczo naszą „Szwajcarią”. Krówki się pasą, zarządca nie tylko pozwala nam się przespać na posiadłości ale też przynosi rano świeże, jeszcze ciepłe mleko. Po pewnym czasie na pogawędkę wpada sąsiad przekonany, że zawitali jacyś Gringo (=Amerykanie z USA). Wszyscy zawsze myślą, że jesteśmy Gringo, po pierwsze z powodu arizońskiej rejestracji, a po drugie dlatego, że świat większości ludzi z prowincji nie sięga poza amerykańskie kontynenty.
Standardowa konwersacja wygląda tak:
– Hello how are you? – nasz interlokutor zawsze najpierw usiłuje pochwalić się zdolnościami lingwistycznymi, które najczęściej ograniczają się do tego właśnie pytania.
– Nie jesteśmy Gringo, mieszamy w Polsce – pokazujemy na biało czerwoną naklejkę obok arizońskiego kaktusa na rejestracji.
– A w którym stanie jest Polska?
– Polska leży w Europie, obok Niemiec – tu oczy rozmówców robią się wielkie jak spodki. Europa jawi się równie egzotycznie co Antarktyda. Chociaż kilka razy zawołali: „A, Lewandowski”! to o Wałęsie, Chopinie czy nawet o Janie Pawle II nie słyszeli.
– W Polsce mówi się po angielsku czy po hiszpańsku? – kolejny klasyk.
– Po polsku, mamy nasz własny język tak jak wy wasze kekczi czy ixil.
– Aaa.
A teraz zwykle następuje sekwencja z Zosią w roli głównej:
– What is your name?
– Ona nie mówi po angielsku.
– Nieee???
– No nie, tak jak my mówi po polsku i ciut po hiszpańsku. Bo z Polski jesteśmy. Z Europy. Obok Niemiec. Własny język mamy.
– Aaa. Como te llamas, nena? (Jak masz na imię, dziewczynko?)
Zośce usiłujemy ładować w głowę ile się da Hiszpańskiego, więc odpowiedź „Me llamo Sofia” ma obcykaną. I dobrze wie, że zaraz ją zapytają: „quantos anos tienes?” (ile masz lat) więc automatycznie wyciąga przed siebie trzy palce. Pewnego dnia w jadłodajni miła kelnerka pyta Zośkę jak ma na imię a ta łypie na nią spode łba i nic nie mówi.
– Zosia, odpowiedz pani – proszę po polsku.
– Nie mogę, jem przecież – odparła córka z wyrzutem, na dowód otwierając wypchane usta. W końcu przeżuła i wystękała swoje „Me llamo Sofia”. Pani uśmiechnęła się lecz musiała odejść do kolejnych gości.
– Eeej, tylko jedno pytanie? No a gdzie „quantos anos tienes???” – woła za nią Zosia…

Tym razem właściciel pola okazuje się człowiekiem światowym. W USA mieszkał, w Arkansas i za miesiąc tam wraca. Zostawił w Stanach żonę i dzieci, tu przyjechał do chorej matki.
– Samolotem polecisz do Arkansas?
-Skąd, nie mam paszportu. Lądem.
– Z coyotes? – zabłysnął Bartek. Kojotami nazywa się członków mafii, którzy zajmują się przeprowadzaniem nielegalnych imigrantów przez granice.
– Tak. – Miguel widząc, że coś niecoś słyszeliśmy o granicznym procederze bez specjalnych skrupułów odpowiada na większość naszych pytań. Zjawisko jest tak masowe że to nie jest żaden temat tabu. Podróż z coyote zaczyna się w Gwatemali, potem pollos (kurczaki, czyli nielegalni imigranci) są przewożeni przez cały Meksyk na granicę z USA, Miguel przekroczy ją prawdopodobnie jak ostatnio w okolicy Juarez. Taka wycieczka kosztuje astronomiczną kwotę 10 000 tys USD. Rajd przez Meksyk trwa około tygodnia, potem kilka dni marszu po skwierczącej pustyni na granicy Meksyku i USA, niemal bez jedzenia i wody.
– Byle dotrzeć do Huston, potem już łatwo.
– A jak wyglądała droga z USA do Gwatemali?
– W tą stronę jest łatwo i zwyczajnie: samolotem. Nikt nie sprawdza i nikogo nie obchodzi jak się dostałem do Stanów i czy mam paszport. Za to wrócić teraz będzie trudno. Fortunę kosztuje i niebezpiecznie… Ale moje dzieci mają paszporty, bo urodziły się w USA – dodaje z dumą.
Już kilka razy w trakcie rozmów z Gwatemalczykami, którzy mieszkają w USA, padało zadowolone, znaczące stwierdzenie, że „wrócą do USA samolotem”. I nie oznacza ono przechwałki, że ktoś wzbije się ponad chmury, kryje się za tym informacja znacznie istotniejsza: mam paszport, nie muszę korzystać z usług coyotes. To oddaje skalę nielegalnej wędrówki ludów, jaka się tu na co dzień odbywa.

Nasza „Szwajcaria” w okolicach Huehuetenango
Nasza „Szwajcaria” w okolicach Huehuetenango
Poranna zdobycz – prosto od krowy
Drugie śniadanie. Nasza „Szwajcaria” w okolicach Huehuetenango

Wracając jednak do naszej ucieczki przed deszczem. Lawirując tu i tam zapędziło nas pod granicę z Meksykiem, w część rzadko odwiedzaną ale za to według aktualnych prognoz najpogodniejszą. Najpierw spędzamy miły dzień nad największym źródłem, jakie widzieliśmy. Dudniąc wybija ze skały od razu na szerokość sporej rzeki.

Nacimiento del Rio, źródło w okolicy wsi Union
Nacimiento del Rio
Piknik przy źródle. Szukamy tytułu tego zdjęcia…

Wygląda na to, że nareszcie wydostaliśmy się z deszczu i błota. Teraz czas na odwiedziny w Cenotach Candelaria, dobrą drogą jakieś 30 km obok. Niestety Bartek znalazł krótszą drogę, przez pastwiska. Tak tak, zafundował mi znowu skrót w swojej klasycznej postaci. Może na paliwie kilka quetzali zaoszczędziliśmy bo na pewno nie na czasie. Nie wdając się w szczegóły, po krótkiej chwili znów zanurkowaliśmy w bagnie…

Nasz batyskaf po wydobyciu z odmętów. Zdjęcia robił z telefonu Bartek, ja byłam zbyt eufemistycznie mówiąc poirytowana aby wyjąć aparat.
A córce jak zwykle zawsze się podoba.

Cenotes Candelaria wynagrodziły nam jednak wszystko.

Cenotes Candelaria
Cenotes Candelaria
Cenotes Candelaria
Kemping nad Cenote Candelaria, popołudniowa lektura
Kemping nad Cenote Candelaria. Ile szczęścia może dać kakao i chleb z Nutellą
Mniejszy z Cenotes Candelaria, ale za to woda jeszcze bardziej przejrzysta
Mały Cenote Candelaria

You may also like...

6 Comments

  1. rzeszów pozdrawia dzikie kraje. w przyszłym roku ukr na moto, albo sie nie znamy. buziaczki

  2. Asia, Piotr i Dziewczyny

    Cudna ta Gwatemala. Całujemy Zośkę w nos.

    1. Tak, Gwatemala daje radę, dwa miesiące mijają i wciąż jest tu co robić. Ściskamy Was!

  3. No Kochani.. zdjęcie znad źródła z miną Zośki wygrywa :)))
    Ściskamy 😉

    1. Tia, modelka;) Trzymajcie się!

Skomentuj byledalej Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *