– Lepiej weźcie pokój w głębi budynku, dalej od ulicy, to nie będzie słychać jeżdżących samochodów – doradza starsza pani, właścicielka hotelu położonego przy głównym placu w Batopilas. Przyszedł czas na kilkudniową przerwę, odpoczynek od kempingu i trochę luksusu  w postaci łazienki. Poza tym spanie w budce w mieście, choćby małym, nie jest zwykle przyjemne.

– Oczywiście, oczywiście, poprosimy ten dalszy pokój – potakujemy z poważnymi minami ale śmiejemy się w duchu. W malutkim miasteczku Batopilas, gdzie samochody można policzyć na placach, na pewno by nam nie przeszkadzały. Pomieszkałaby babcia przy Wawelskiej, to dopiero by zobaczyła, co to znaczy ryk silników!

Wieczorem siedzimy na placu, tak jak większość mieszkańców. Dzieci bawią się na środku a młodzież i dorośli okupują ławeczki bo w położonym obok budynku biblioteki jest ruter z darmowym internetem. Atmosfera leniwa, radosna. Trzeba jednak pilnować dzieci żeby piłka nie poleciała z placu na ulicę. Bo ku naszemu zdziwieniu po ulicach miasteczka kursują non stop pick-up’y pełne facetów puszczających głośną muzyką. Dziwne, mieścina na końcu świata a ruch rzeczywiście duży. Po krótkim czasie orientujemy się, że samochodów w sumie jest kilka, tyle że krążą wciąż te same, w tę i z powrotem, bez przerwy całe popołudnie i wieczór. Cóż, młodzi pewnie chcą się pokazać. I może ta teoria byłaby słuszna, gdyby nie jeden szczegół. Chłopaki są od stóp do głów obwieszeni arsenałem broni: karabinami maszynowymi, pistoletami i Bóg wie czym jeszcze. Mimo to ludzie z placu zachowują się, jakby tego nie widzieli.

– Bartek mam zwidy czy to jest to co myślę?

– No co chcesz, chłopaki porządku pilnują.

Damy sobie głowę odciąć, że to członkowie kartelu. Wiedzieliśmy, że te tereny są kontrolowane przez mafię, że jak to mówią „oczy są wszędzie”, tym niemniej turystów nikt nie atakuje i można spokojnie podróżować, bo gangi co najwyżej tłuką się między sobą. Wiedzieliśmy, że zwyczajni ludzie muszą funkcjonować pod protektoratem kartelu, oddawać cesarzowi co cesarskie i nie wsadzać nosów w nie swoje sprawy, a wtedy nic im się nie stanie. Nasze wyobrażenia o problemie czerpaliśmy przede wszystkim ze świetnej książki „Ameksyka” Eda Vulliamy’ego. Nie dowierzaliśmy jednak, że okazywanie władzy maluczkim może mieć tak ostentacyjną formę.

Kładziemy się spać, po dwunastej wciąż słyszymy znajome już silniki.

Następnego dnia próbujemy jakoś delikatnie, mimochodem i „na głupa” upewnić się, czy nasze domysły są prawidłowe. Zaczynamy nieśmiało od kierownika muzeum, senora zwanego El Feo. Najpierw pytamy o historię Batopilas (miasteczko powstało w 1632  roku z powodu kopalni srebra, rozkwitało, wzniesiono wspaniałe hacjendy. Rudę srebra transportowano na mułach trudną górzystą drogą przez kilkanaście dni do stolicy prowincji Chichuachua. Szczególnie spektakularny był odcinek prowadzący na szczyt kanionu, czyli trasa, którą wczoraj przyjechaliśmy do Batopilas. W 2015 drogę tę wyasfaltowano, dziś każdy może tu bez problemu dotrzeć zwykłym samochodem, lecz mimo to jest to jedna z najbardziej niesamowitych dróg, jakie zdarzyło nam się pokonać). Samo Batopilas jest bardzo urokliwie, wyłania się z niespodziewanie po zjechaniu na dno kanionu, gdzie nikt nie spodziewa się kolonialnej perły z pięknie zachowaną architekturą. W 2012 roku nadano mu status tak zwanego Pueblo Magico, czyli jednego ze stu kilkudziesięciu najatrakcyjniejszych miejscowości w Meksyku.

Potem schodzimy na pytania dotyczące naszej dalszej marszruty.

– Chcieliśmy pojechać drogą do miejscowości Choix, ale czy trasa jest bezpieczna? Słyszeliśmy że tam różnie bywa…

– O tej porze roku przejedziecie bez problemu. Most się co prawda zawalił, ale woda niska, spokojnie dacie radę.

– No tak, ale myśli pan, że to bezpieczne? Bo widzieliśmy tylu ludzi z bronią…

– Nie przejmujcie się nimi, was nikt nie zaczepi. Oni tylko chronią swoje interesy przed policją, żeby im się nie wtrącali.

Potwierdzają to także inni: oczywiście że to członkowie kartelu, którzy muszą się pokazać, aby zademonstrować, że ta ziemia jest pod ich kontrolą i żeby nikomu nie przyszło do głowy przeszkadzać na plantacjach marihuany. W prowincji jest jednak spokojnie, życie toczy się bez zakłóceń a turyści są mile widziani. Może i tak, lecz mimo to jak mi kolesie z pickupów mówią grzecznie „dzień dobry” i uśmiechają się do Zośki, robi mi się nieswojo. I nawet jeśli nas ta sytuacja nie dotyczy to przecież takie życie jest monstrualną paranoją, złem w najczystszej czystej postaci.

Kolejnego dnia robimy pieszą wycieczkę do pięknie położonej misji Satevo. Wracając do Batopilas wstępujemy do restauracji nad brzegiem rzeki. Myję z Zośką ręce, a w tym czasie Bartek spaceruje  po ogrodzie.

– Lepiej idź dyskretnie obejrzeć ten różowy budynek z kopułą w głębi ogrodu – słyszę po powrocie – Nie uwierzysz jak ci powiem. Musisz to sama zobaczyć.

Budynek wygląda jak… kiczowaty grobowiec. Drzwi wejściowe ozdobione witrażami: po lewej kobieta w bikini, po prawej samolot a nad drzwiami dwa skrzyżowane karabiny. Wewnątrz regularny sarkofag ozdobiony kwiatami, świecami i zdjęciami zmarłego. „Juan Mesa Osorio, 36 lat, zginął w 2014 r” – głosi napis.

Na podwórko restauracji przyjeżdża najdroższy samochód w mieście, kierowany przez kilkunastoletniego chłopaczka. Przywiózł mamę i dwójkę małych braci aby zerwać z drzewa pomarańcze. To właściciele restauracji. Ubrani w modne ciuchy, wystrojone na zachodnią modłę dzieci. Obdarowują Zosię kilkoma pomarańczami, ale raczej trzymają się na dystans. Po ich odjeździe, płacąc rachunek próbujemy się czegoś dowiedzieć od pulchnej Indianki zatrudnionej w restauracji.

– Takie pytanie mamy, co to za budynek, ten różowy?

– To grób – odpowiada półgębkiem, powściągliwie ale z niesmakiem. Wyraźnie nie ma ochoty rozwijać tematu. Zauważyłam też, że gdy przyjechali właściciele restauracji kobieta czmychnęła do kuchni i wyszła z niej dopiero po ich odjeździe. Teraz szybko zmienia też temat, pytając  o Zosię, ile ma lat i tak dalej.

Wobec tego trzeba było sobie „wyguglać” więcej informacji samemu. Nieboszczyk był jednym z regionalnych szefów gangu Sinaloa o przezwisku El Palancas, zamordowany w 2014 roku w niedalekim miasteczku Los Mochis. Możemy się tylko domyślać, że lubił kobiety i samoloty…

Droga do Batopilas
Droga do Batopilas
Misja Satevo
Misja Satevo
W drodze do Misji Satevo
W drodze do Misji Satevo
W drodze do Misji Satevo- dzieci puszczają samoloty z kartek wyrwanych z podręcznika
W drodze do Misji Satevo- dzieci puszczają samoloty z kartek wyrwanych z podręcznika

Mieliśmy ruszać dalej, ale jutro 20 listopada, Dzień Rewolucji. Mimo kałasza w tle czujemy się w Batopilas dobrze, idealny klimat, piękne otoczenie, miły i niedrogi hotel, Zosia ma dużo dzieci do zabawy. Nie było trudno się więc zdecydować na dodatkowy dzień, zwłaszcza, że zapowiadają tańce i jedzenie. Szkoda byłoby taki dzień przesiedzieć w samochodzie.

Rano od dziewiątej paradują dzieci ze wszystkich szkół, marsze zajmują całe przedpołudnie. Zośka zostaje doklejona do grupy przedszkolaków, z zachwytem tupta za rękę z resztą przebranych maluchów. Oczywiście obowiązują stroje rewolucyjne, każdy chłopiec chce być bohaterem rewolucji bohaterem-draniem Pancho Villą, mieć karabin i pas z nabojami. Od kilku dni patrzyłam ze zgrozą na dzieciaki biegające wszędzie z drewnianymi karabinami i przypisywałam to oczywiście kartelowemu wychowaniu, a tymczasem to było po prostu przygotowanie do fiesty. Tak czy inaczej jest w tym wszystkim drugie dno, gdy przedszkolaki podrygują śpiewając skądinąd rewolucyjną piosenkę „La cucaracha, la cucaracha, ya no puede caminar, porque le falta, porque le falta, marihuana que fumar”  …

Przygotowania do Dnia Rewolucji
Dzień Rewolucji – zaczyna się!
Dzień Rewolucji – parada przedszkolaków
Dzień Rewolucji – parada przedszkolaków
Dzień Rewolucji – parada przedszkolaków
Dzień Rewolucji – parada przedszkolaków
Dzień Rewolucji – parada przedszkolaków
Dzień Rewolucji
Dzień Rewolucji

Zostajemy zatrudnieni jako jury, które ma wybrać najpiękniejszy rewolucyjny pojazd przygotowany przez uczniów miejscowych szkół. Przy okazji poznajemy prezydenta Batopilas i kilku innych dzierżycieli lokalnej władzy. Wybieramy pociąg, który zostaje zaatakowany przez rewolucjonistów.

Dzień Rewolucji – wybory najpiękniejszego rewolucyjnego pojazdu
Dzień Rewolucji – wybory najpiękniejszego rewolucyjnego pojazdu
Dzień Rewolucji – wybory najpiękniejszego rewolucyjnego pojazdu
Dzień Rewolucji – wybory najpiękniejszego rewolucyjnego pojazdu – nadjeżdża zwycięski pociąg!
Dzień Rewolucji – wybory najpiękniejszego rewolucyjnego pojazdu – pamiątkowa fotka jury

Zośka zostaje gwiazdą imprezy. Gdy tylko słyszy pierwsze nuty łapie się za brzegi sukienki i zaczyna podrygiwać. Dostaje w prezencie od jednej z sąsiadek szeroką kolorową kieckę w sam raz na takie okazje i wpada w taneczną euforię. „Hola, bayladora!”  (cześć tancerko) – co chwilę ktoś zaczepia ją ze śmiechem. W pewnym momencie tracę Zośkę na chwilę z oczu. Zaniepokojona chodzę po placu i rozglądam się. Jedna z kobiet bierze mnie za ramię i wskazuje na scenę, na której zespół stepuje hiszpański taniec. Przed tancerzami zachwycona podskakuje w najlepsze nasza córka…

Nowa kiecka
Nowa kiecka

Po południu druga część fiesty. Występy, muzyka, jedzenie, coraz więcej alkoholu. Koło 20 ludzie rozchodzą się, zostaje tylko kilka par kołyszących się na placu. Trzeba przyznać, że nieoficjalne meksykańskie tańce wyglądają dość komicznie. Kilkanaście przytulonych do siebie par przestępuje rytmicznie z nogi na nogę z mikropodskokiem, nieznacznie wypinając tyłeczki.

Dzień Rewolucji – część popołudniowa
Dzień Rewolucji – w objęciach prezydenta Batopilas
Dzień Rewolucji – część popołudniowa

Następnego dnia opuszczamy Batopilas. Decydujemy się tym razem na szutrową drogę przez góry. Początek trasy pokonujemy zresztą razem z prezydentem, który tego dnia musi odwiedzić miasteczko oddalone o dwie godziny jazdy od Batopilas. Cała piękna droga przez Sierra Marde Occidental zajmuje nam ponad 6 godzin, ale bezpiecznie i bez przygód docieramy do kolonialnego El Fuente. Tym samym naszą wycieczkę do Kanionu Miedzianego można uznać za oficjalnie zakończoną.

Tankowanie przed dalszą drogą
Droga do Choix

You may also like...

1 Comment

  1. Co za piękną relacja! Jeśli jesteśmy w listopadzie to znaczy ze za tydzień mieliście Halloween, i pewnie mieliście kolejna fieste, no chyba ze zostaliście na ten czas na szlaku.
    Pozdrawiam!
    Micha

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *