Czas na plażę. W Dolnej Kalifornii są dwie opcje: albo jedzie się na zachód nad Pacyfik: o tej porze roku przyjemnie niskie temperatury, ale duże fale i zimne morze (oczywiście jak na tutejsze standardy bo od Bałtyku chyba jednak o kilka stopni wyżej). Jeśli wybierasz tę stronę to jest dobrze widziane, abyś był surferem. Pewnego razu szukamy wjazdu na dziką plażę. To samo robi samochód z parą w naszym wieku. – Wy też szukacie dobrej fali („Are you also in search of a good wave”)? – zagadnęli na powitanie i było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Taak, tu wypada mieć deskę na dachu. Nawet jeśli jej nigdy nie ściągasz.

My jednak zaczynamy od Morza Corteza na wschodzie Baja California. Jest to po prostu zatoka Pacyfiku stworzona przez Półwysep Kalifornijski. Sielankowo tu, jak z folderu. Spokojna, ciepła, turkusowa woda, wręcz jezioro, ale też niemiłosierny upał, przed którym nie ma się gdzie schować, bo brzeg jest pustynny. Sporo rozmaitych upierdliwych much i komarów. Tę stronę wybierają zwykle… no właśnie, jak to napisać żeby nie urazić. Nazywają i c h „wędrownymi ptakami”, a my nazwaliśmy i c h nieco bardziej przyziemnie „Jaszczurami”. Mowa o amerykańskich emerytach, którzy zjeżdżają tu na kilka miesięcy aby przezimować. W sumie nie ma w tym nic złego, lecz ogólne wrażenie tego, w jaki sposób to się odbywa (mówimy o okolicach San Felipe), jest mało sympatyczne. Oczywiście jest wiele wyjątków i spotkaliśmy też bardzo ciekawych, otwartych ludzi, ale co do zasady Jaszczury robią tak: kupują ogromne fragmenty wybrzeża (bo dla nich tanio), zamykają się w swoich enklawach, odgradzając swe kondominia (będące czasem wręcz miasteczkami) od meksykańskiego pospólstwa. Przywożą ze sobą motorówki i przede wszystkim rozmaite kłady którymi orzą plaże i pustynię. I jeszcze różne ukochane fafkiki, które sobie kupili jak ich dzieci dorosły i trzeba czymś było zapełnić pustkę. Oferta hoteli dla zwierząt, gdzie można przechować czworonoga na czas innych zajęć jest imponująca, przy RV parkach znaleźliśmy nawet cmentarze dla piesków, które nie wróciły latem do USA. Amerykanie z jednej strony zachwycają się jaki ten Meksyk niesamowity, że mogą tu robić rzeczy zakazane w Stanach, wkładać kwiaty we włosy jak drzewiej bywało, a z drugiej strony unikają tego Meksyku i chcą upodobnić go do swoich miasteczek, nie zniżają się nawet do nauczenia się paru hiszpańskich słów. Widzieliśmy kiedyś zjawisko zimowania w ciepełku w hiszpańskiej Andaluzji pełnej starszych Anglików i Niemców, ale ich sposób bycia nie raził tak jak zachowanie Amerykanów, nie było też takiej dysproporcji zamożności w stosunku do miejscowych a tym samym okazywania im swojej wyższości.

Teraz (październik) Sezon Jaszczura dopiero się powoli rozkręca. W miejscowości San Felipe szukamy wieczorem wyjazdu z plaży na główną drogę. Skręcamy w jakąś dróżkę, po minucie dojeżdżamy do bramy jednego z kondominiów. Już mamy przedostać się na drugą stronę, ale z plaży pędzi za nami łazik.

– Czy zdajesz sobie sprawę gdzie jesteś??? – huknął po wojskowemu Pan Jaszczur. Przywodzi mi na myśl Clinta Eastwooda w Grand Torino. Tłumię uśmiech i cisnącą się  odpowiedź, że jestem w Meksyku i zamiast tego grzecznie wyjaśniam, że szukamy wyjazdu z plaży. Pani Jaszczurka widząc że my jacyś inni, ani nie Amerykanie ani nie Meksykanie, łagodnieje i pozwala przejechać. Dam głowę, że gdybyśmy mieli nieco ciemniejszą karnację dmuchalibyśmy dalej po piachu.

Mimo że na plaży nigdy nie byliśmy w stanie wysiedzieć dłużej niż pół godziny, teraz z Zośką czasy trochę się zmieniły i potrafimy docenić walory piasku: te bezcenne minuty, kiedy dziecko zapomina o bożym świecie i kopie doły a ty masz chwilę dla siebie, oczywiście tylko do czasu, aż nie wystartuje do wody albo nie dostaniesz w twarz katapultą piachu. Niestety Zośka nie ma za bardzo towarzystwa, gdyż wspomniany wyżej Jaszczur wnuków na wywczas nie zabiera. Tylko w weekendy na plażę zjeżdżają meksykańskie rodziny.

Pobyt nad morzem chcemy przede wszystkim wykorzystać kulinarnie. Najprostszy sposób na obżarcie się dobrą rybą to budki gdzie sprzedają ceviche (surowa ryba lub owoce morza ścięte w sosie z limonki, cebuli, pomidorów i kolendry). Szukamy go w stoiskach z szyldem „Mariscos”. Zazwyczaj podaje się je tu na tzw. tostadzie, czyli cienkim, chrupiącym kukurydzianym placku. Wszędzie można też kupić tacos z rybą, krewetkami czy ośmiornicą (smażonymi w cieście). Najlepiej jednak smakuje ryba prosto z morza, którą przyrządzi się po swojemu. Pierwsza nasza nadmorska miejscowość, San Felipe, pierwszy raz na plaży i od razu sukces. Przy brzegu stoją rybacy i samochód służący do wyciągania łodzi z wody, zakopany w połowie w morzu. Pomożecie? Pomożemy! Bartek wydobywa samochód a chłopaki w podziękowaniu biorą go na wyciąganie ryb z sieci.  Dostajemy ryby na kolację, a przy okazji dowiadujemy się, że w Dolnej Kalifornii nie wolno poławiać krewetek, wszystkie które dotąd jedliśmy pochodzą z innych stron, głównie z prowincji Sinaloa. Wykreślamy więc je tymczasowo z naszego menu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Mariscos El Guero, najlepsze w Ensenadzie!
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Mariscos El Guero
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Plaża niedaleko San Felipe
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Relaks, Plaża niedaleko San Felipe
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Koniec relaksu, plaża niedaleko San Felipe
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zjadło by się rybę, plaża niedaleko San Felipe
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Polak pomaga w potrzebie. Nie ukrywam, że liczymy po ciuchu na nagrodę…
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Namawiali,namawiali i namówili na wyciąganie ryb 😉
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Mały sęp pyta, czy tata przywiezie mu rybę
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Będzie wyżerka 🙂
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Jeszcze!!!

Czasem rybę kupujemy (cena mniej więcej „na dwa piwa”), a czasem nie ma nawet mowy o zapłacie. Po dłuższej jeździe szutrową nadmorską drogą dojeżdżamy do ślicznej plaży San Rafael. Mieszka tu od 30 lat w skromnej chacie Francisco. Gaduła z niego, nie wszystko rozumiemy, ale mamy wrażenie, jakbyśmy już go kiedyś spotkali. Po kilku dniach, gdy dotarliśmy do większego miasteczka i internetu, okazało się, że to ten sam człowiek, którego opisali nasi dobrzy znajomi Magda i Michał: http://www.pelikanochomik.com/2014/01/przez-powysep-kalifornijski.html

 Ale do rzeczy, miało być przecież o rybie. Na plaży w San Rafael młody chłopak właśnie wrócił z połowu. Cała łódka wypełniona po brzegi mantami.

– To nic wyjątkowego, bywa lepiej – odpowiada. – Teraz nastały dobre czasy, za ten towar zapłacą około 500 USD. Za moment przyjeżdża samochodem dwóch mężczyzn żeby przewieść czym prędzej ryby do Guerero Negro. Szefem jest Jose. Trudno go nie polubić. Duży, gromko roześmiany, oczy łotra, połowę tego, co ma do przekazania zastępuje mową ciała.

– A ta ryba jak się nazywa? – pokazujemy dziwoląga z łodzi. Jose bierze w dłonie niewidzialną gitarę i wybucha śmiechem. Faktycznie, ma kształt instrumentu.  – A ile jedzie się stąd jest Guerero Negro?– Jose pokazuje cztery palce a następnie kroi się ręką w pasie na pół.

Pytamy, czy sprzedadzą nam jedną rybę na kolację. Jose długo grzebie w łodzi. – Taka może być? Moim zdaniem najlepsza, piękne białe mięso – zachwala trzymaną w ręku mantę.

 – Ale jak to to obrać, którą część się je? – nie mamy pojęcia, jeszcze takiego okazu nie gotowaliśmy.   Jose bierze mantę, odcina skrzydła, wyrzuca środek a ze skrzydeł wykraja dla nas piękne duże filety.

– Ile powinniśmy zapłacić? – Nalegamy długo, ale za nic nie chce przyjąć pieniędzy – Darmowa lepiej smakuje – śmieje się. „Del mar a la paladar!(prosto z morza do gęby)! ” Dorzuca jeszcze kraba.

Gdy żegnamy się aby ruszyć dalej widzimy, że najmłodszy z rybaków siedzi z boku i trzyma się za stopę. Nadepnął na odcięty ogon jednej z obranych mant, a strzała wbiła mu się w stopę. Widok przerażający, aż słabo się robi. Usiłuje przeciąć skórę jakąś zardzewiałą żyletką. Pytam więc, czy nie możemy mu pomóc wyciągnąć strzałkę.

– Tego się nie wyciągnie, bo grot ma haczyki, muszę jechać do szpitala – chłopak usiłuje być twardy i nawet uśmiecha ale rozdygotane ręce i to, jak rzuca się na środek przeciwbólowy, zdradzają, jak jest naprawdę. Dezynfekujemy ranę, proponujemy transport do szpitala, ale Jose i tak jedzie z rybami do miasta, pojadą więc razem. Mam tylko nadzieję, że to był ogon innej manty niż ta, którą dostaliśmy…

Gotujemy zupę rybną na niedalekiej samotnej plaży. Ucztę przerywa nam tylko dziwne stukanie, którego źródła nie byliśmy w stanie długo ustalić. W końcu Bartek odkrył o co chodzi. Trudno uwierzyć, że ptaki potrafią być takie sprytne! Okazało się, że to mewy biorą do dziobów ślimaki, a następnie zrzucają je na skały, aby w ten sposób rozbić skorupę i dobrać się do smakowitego wnętrza.

Gdy wydawało nam się, że tego dnia nic nas już więcej nie zaskoczy ani nie spotka, przy zachodzącym słońcu przepływa przed nami stado delfinów.

Zaczynamy powoli rozumieć amerykańskich emerytów…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Jose filetuje mantę
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Śniadanie na plaży
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Trzeba się chłodzić nawet po zachodzie, temperatura ponad 40 stopni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Dalej na zachód, Bahia de los Angeles
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bahia de los Angeles
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bahia de los Angeles
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bahia de los Angeles
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bahia de los Angeles
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bahia de los Angeles
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bahia de los Angeles
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bahia de Constitucion, weekend z miejscowymi dzieciakami

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *