Po wylocie Jacka zjeżdżamy na samo południe Omanu, w stronę granicy z Jemenem. To ponad 1000 km, więc żeby nie powtarzać drogi, którą już w części znamy, wykorzystujemy sprawdzoną technikę podróżowania czyli motostop. Małe oszustwo i z pomocą pakistańskich tirowców jesteśmy w Salalah.

DSC_0172
Motostop w drodze do Salalah

Oman jest krajem niezwykle zróżnicowanym. Mają i pustynię, i góry z dolinami wadi, i piękne wybrzeże, a na południu w okolicach Salalah latem pojawia się… monsun. Tak jest, to nie pomyłka:  ten sam deszcz, który moczy Indie, zahacza o Półwysep Arabski. Wkoło robi się  wtedy zielono, dżunglaście i mgliście, krajobraz zaczyna bardziej przypominać Sri Lankę niż kraj Beduinów. My jednak docieramy  tu zimą, kiedy deszczu nie ma, ale mimo to widać, że ta część Omanu jest wyjątkowa. Wokół miasta niezliczone plantacje bananów. Różnią się one od tych, które znamy z supermarketów, są małe i leciutko cierpkie. Zanim dojdzie do transakcji, sprzedawca zawsze dopyta, kiedy będziesz je jadł. Jeśli dziś, dostaniesz wściekłożółty pęk dojrzałych owoców, jeśli za trzy dni, wiązka będzie jeszcze zielona. Oprócz bananów na straganach sprzedają papaję i kokosy, zwykle serwowane na miejscu dla ochłody.

DSC_0206
Stragan owocowy w Salalah
DSC_0192
Dwa cięcia i zimny drink gotowy
DSC_0208
Przerwa na kokosowe mleko w południe
DSC_0385
Gdzieś w drodze z Salalah
DSC_0216
Kwiat bananowca, Salalah

Kierujemy się wybrzeżem w stronę granicy z Jemenem. Nad wodą piętrzą się kilkusetmetrowe skały. Zjazdy do maleńkich, schowanych wśród nich plaży są długie i bardzo kręte. Co pewien czas na drogach porozstawiano punkty kontrole, najsympatyczniejsze, jakie dotychczas mijaliśmy. Gdy jeden z żołnierzy sprawdza nasze paszporty, drugi zagaduje i częstuje herbatą. Niestety, na upatrzoną przez nas szutrową trasę tuż przy granicy z Jemenem nie chcą nas wpuścić. Granica z Jemenem jest dla zagranicznych turystów zamknięta, ze względu na ostatnie incydenty nie wydają obcokrajowcom wiz, co ostatecznie rozwiązuje nasz dylemat, czy się tam pchać.

DSC_0287
Droga na granicę Jemenu
DSC_0258
W drodze na granic ę Jemenu
DSC_0304
Wybrzeże w drodze na granicę Jemenu
DSC_0354
Plaża w okolicach Salalah
DSC_0346
Tam chcemy jechać, w dali Jemen
DSC_0352
Tak powinny wyglądać chceckpointy!

Zawracamy, zatrzymując się w przydrożnych wioskach i miasteczkach. Momentami mamy wrażenie, jakbyśmy już byli jedną nogą w Afryce. Panuje nastrój rozdroża i granicy różnych światów, gdzie wszystko zaczyna się mieszać: ludzie, zwyczaje i przyroda.

DSC_0314
Baobab, afrykański akcent
DSC_0388
Całe południe jesr w takich kwiatkach
DSC_0322
W jednym z miasteczek wieczór kawalerski – każdy facet łapie za broń i defiluje ulicą strzelając w powietrze.
DSC_0330
Wieczór kawalerski
DSC_0375
Zrujnowana osada rybacka przy granicy z Jemenem
DSC_0395
Miasteczko Mirbat, jedno z najbardziej klimatycznych miejsc na południu Omanu
DSC_0454
Miasteczko Mirbat
DSC_0439
Czy to jeszcze świat arabski?
DSC_0380
Riuny w Mirbat
DSC_0419
Powrót z pracy, Mirbat
DSC_0483
Mirbat
DSC_0494
Mirbat
DSC_0423
Mirbat

Na zakończenie wypadu na południe, już w drodze powrotnej, mamy kilka ciekawych spotkań z miejscową fauną. Oprócz flamingów, pustynnej kozy, stad wielbłądów i skorpiona, który przyczaił się pod głazem, na którym opieraliśmy motor podczas wymiany gumy, udało nam się namierzyć słynne zielone żółwie. Olbrzymie, ponad stukilogramowe samice wypełzają w tych stronach nocą na brzeg by złożyć jaja i zakopać je w piachu. Jeszcze podczas pobytu Jacka na jednej z plaż wieczorem zobaczyliśmy psy i stado ptaków wyżerające coś z piachu – okazało się niestety, że to świeżo wyklute żółwiątka. Przestraszyliśmy intruzów i pomogliśmy ocalałym maluchom dostać się do morza. Nie udało nam się jednak wtedy spotkać samic. Na właściwą plażę trafiliśmy dopiero w drodze powrotnej z Salalah, a miejsce polecił nam napotkany przy drodze szwajcarski rowerzysta.  Zeszliśmy z urwiska na plażę późnym wieczorem, specjalnie nie zabierając aparatu ani latarek, żeby nas nie kusiło i żebyśmy nie wystraszyli zwierząt. Z oceanu zaczęły wypełzać wielkie żółwie, piąć się w górę plaży w poszukiwaniu idealnego lęgowiska. Kilka matek wybrało niewłaściwe miejsce, kopiąc natrafiły na skałę. Zrezygnowały i wróciły do wody. Łącznie tej nocy składało jaja równo 10 samic. A to podobno i tak, nic, w sezonie na plaży jest tłoczno jak na Marszałkowskiej, na żółwiej porodówce potrafi się skompresować ponad 40 gadzic. Cały proces przebiega dosłownie w żółwim tempie, trwa ładnych kilka godzin. Gdy zwierzę wykopie swój grajdołek, sapiąc i stękając składa ponad 100 jaj. Po zniesieniu jaj praca matki jeszcze nie kończy się. Teraz jaja trzeba zakopać. Ledwo żywe ze zmęczenia przez kolejne godziny zagarniają tylnymi łapami piach aby ukryć i zabezpieczyć  swoje potomstwo, zanim znów wrócą do morza. Ciężka praca skończona, kolejna nioska dopiero za 2-3 lata!

DSC_0307
Na trasie w Salalah
DSC_0249
Trzeba być gotowym na hamowanie w każdej chwili
DSC_0543
Znaki nie kłamią
DSC_0511
Nowa nadmorska droga na północ od Salalah to jeden z bardziej malowniczych przejazdów
DSC_0499
Flamingi na południu Omanu
DSC_0522
Droga na północ od Salalah
DSC_0555
Zwierzę pustynne?
DSC_0552
Niespodzianka pod kamieniem
DSC_0571
Na tej plaży zeszłej nocy urzędowało dziesięć wielkich żółwic

You may also like...

3 Comments

  1. Świetne zdjęcia!

  2. Czekam na Afrykę, przedsmak super! Afryka jest super!

  3. Ja również czekam na Afrykę :)Piękne zdjęcia ale to standard 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *