Nie możemy się doczekać Meksyku, choć mamy przeczucie, że północna część będzie przypominała uboższą wersję Stanów Zjednoczonych. Zaczynamy od Dolnej Kalifornii, zwanej przez wszystkich po prostu Baja. Wiemy, że przyjeżdża tu wielu Amerykanów,zwłaszcza emerytów na wakacje albo wręcz zimowanie, żeby skorzystać z tańszych noclegów, najeść się za pół darmo homarów i posurfować. Planowaliśmy ominąć Baję, ale kilkoro znajomych przekonało nas, że warto tędy przejechać.

Przekraczamy granicę w Tecate, spokojnym miasteczku nieco na wschód od słynnego przejścia w Tijuanie. Kolejny raz zastanawiamy się, jak działa amerykański system migracyjny: nikt, absolutnie nikt nie rejestruje naszego wyjazdu ze Stanów. Po prostu wychodzisz z tego kraju jak z hotelu, bez żadnych formalności. Bezstresowo i miło przechodzimy procedurę meksykańską. Wystarcza nasz łamany hiszpański i wyjaśnienie, że pomimo arizońskiej rejestracji samochodu nie jesteśmy amerykanami, nie mówiąc już o niebieskich oczach i blond lokach Zośki, aby na twarzach urzędników zakwitły przyjazne uśmiechy. Jedna z pracownic doradza, że lepszy kurs wymiany dolara na peso jest po stronie amerykańskiej, więc podczas gdy ja stoję w kolejce z paszportami Bartek piechotą wraca kilkadziesiąt metrów wymienić walutę. Po kilku sekundach zajeżdża mu drogę amerykański strażnik:

 – Przekroczyłeś nielegalnie granicę! Mogę cię aresztować! -wydarł się na osłupiałego Bartka. Nie ma żadnej dyskusji, że przecież to tylko kilka metrów do kantoru. Już wiele razy przekonaliśmy się, że w Stanach z regułami i stróżami prawa nie ma żartów. Skoro ktoś ustanowił jakieś zasady to Kowalski czy inny Smith nie musi a wręcz nie powinien się nad nimi zastanawiać tylko ślepo przestrzegać. Takie zachowanie wydaje nam się z jednej strony nieco sprzeczne z ich umiłowaniem wolności i zdrowego rozsądku, z drugiej jednak strony wojskowy posłuch dla regulaminów wynika być może z idealistycznego ale też autentycznego poczucia, ze Naród sam sobie je ustanowił.  W każdym razie Bartek potulnie iż przyjemnością wraca na meksykańską stronę. Koniec z ortodoksyjnymi zasadami, jakoś lepiej czujemy się w miejscach, gdzie wszystko nie jest aż tak oczywiste, uregulowane i ustandaryzowane.

Tak naprawdę dopiero w tej chwili zaczyna się ta podróż. Rozglądamy się zachłannie po Tecate. Uśmiechamy się do siebie bo na pierwszy rzut oka widać, że Stany to to nie są. W dużym uproszczeniu poziom różnicy można by porównać do Polski i Ukrainy. Pozorny nieład, jaskrawe kolory, kontrasty, pokrzykiwania, nowe zapachy czyli wszystko to, co człowiek lubi chłonąć podczas podróży. Zbliża się południe więc zaroiły się tanie uliczne jadłodajnie. Zatrzymujemy się tam, gdzie pałaszuje największy tłum, zamawiamy pierwsze tacos. I choć wiemy, że pewnie niebawem nie będziemy mogli na nie patrzeć, póki co zajadamy się wniebowzięci. Cieszymy się, że możemy nareszcie zatrzymać się na niedrogi posiłek, który nie jest sieciowym hamburgerem. Po  jedzeniu ruszamy do naszego dzisiejszego celu, czyli winiarskiej Valle de Guadalupe, aby uczcić wjazd do Meksyku a także moje urodziny (tak, wiemy, wypadałoby tequilą albo meskalem, ale akurat na naszej trasie wypadło zagłębie winne więc grzech nie skorzystać).

Region robi swojskie wrażenie więc mamy nadzieję, że nie będzie przerostu formy nad treścią jak w słynnej amerykańskiej Napa Valley, którą mieliśmy nieprzyjemność odwiedzić rok temu i gdzie wysłuchiwaliśmy opowieści w stylu „na terenie naszej winnicy była kurza farma i teraz dzięki ptasim odchodom wyczujecie niepowtarzalną wapienną nutę”. Nie znamy się na meksykańskim winie więc strzelamy w ciemno. Skręcamy w szutrową drogę, która doprowadziła nas do winnicy Emeve. Nowoczesny, przestronny, drewniano szklany budynek, widać że właściciel ma wysokie aspiracje (choć trochę rażą przy tym całym ambitnym wystroju nadruki Coca Coli na drewnianych fotelach). Na tarasie ciumka winko odpicowana jak do cioci na imieniny meksykańska wycieczka, prawdopodobnie są to mieszkańcy pobliskiego miasta Ensenada, którzy w ten sposób spędzają weekend. Rozlewają miłe dziewczyny, które o winie za bardzo nie mają pojęcia i pełnią bardziej rolę barmanek. Mimo niespecjalnego pierwszego  wrażenia wino okazuje się wyśmienite, zwłaszcza Cabernet Sauvignon. Mieliśmy jednak nadzieję, że ceny będą nieco niższe, a tu butelka kosztuje około 20 USD. Dopiero później dowiadujemy się, skąd się to bierze. Otóż rząd meksykański promuje branżę piwną, natomiast wina obłożone są 100% podatkami. Połowa wartości butelki to podatek i stąd nieproporcjonalnie wysokie ceny.

Na noc rozbijamy naszą budkę… w zoo. Jeszcze w drodze do winnicy wypatrzyliśmy przy nim park z grillami i placem zabaw i postanowiliśmy tam zrobić urodzinowe przyjęcie (cóż, teraz huśtawki i zjeżdżalnie stały się elementem decydującym przy wyborze miejsca postoju). Przesympatyczny administrator zoo senor Francisco Molena pozwala nam przenocować na strzeżonym parkingu.  Zasypiamy a do snu ryczy nam kołysankę tygrys. Fajnie w tym Meksyku!

Rano pytamy senora Molenę czy jest w okolicy dobra niedroga, nienadęta winnica.

– Don Raul. Jedźcie prosto aż do „escuela secondaria” a potem w lewo.

Jeździmy w tą i z powrotem, nijak nie potrafiąc namierzyć wydawałoby się dość jednoznacznego punktu orientacyjnego.

– Gdzie jest esquela secondaria? Winnica Don Raul?  – pytamy.

– A, Don Raul, o tam zaraz, kawałek dalej.

Ruszamy ale nic nie przypomina szkoły. Nie ma też kierunkowskazu do winnicy, choć wszystkie inne są dobrze oznaczone. Znów pytamy o drogę.

– Don Raul? Musicie się cofnąć do esquela secondaria.

I tak z pięć razy. Esquela secondaria do dziś nie namierzyliśmy, ale w końcu nakierowali nas skutecznie na Don Raula.

Skromne podwórze w bocznej uliczce, za nim słoneczny, popołudniowy ogród ze zużytymi trzcinowymi fotelami, kulawe stoliki, po środku wyschnięty basen, w rogu gra i śpiewa starszy pan który uciekł z planu Buena Vista Social Club. Obok domu moczą się w wodzie butelki zgromadzone z innych okolicznych winiarni, aby odkleiły się im etykiety i można je było  ponownie wykorzystać. Po degustacji w piwnicy przypominającej nam dobre tokajskie czasy każdy zasiada w ogrodzie z zakupioną butlą wina owiniętą w gazetę (po 80 pesos, czyli jakieś 16 zł, podejrzewamy więc że Don Raul nie odprowadza podatków). Do tego domowy ser i świeże oliwki. Wprawdzie Don Raul specjalizuje się w winach słodkich, ale jego Cabernet Sauvignon też daje radę. Bezpretensjonalny klimat, czas mija, dzieciaki wariują w hamaku, niepostrzeżenie znikają nasze dwie butelki wina. Nie jesteśmy w stanie ruszyć dziś nigdzie dalej i rozstawiamy budkę przy winnicy. Wjazd do Meksyku można uznać za uczczony należycie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W winnicy Emeve
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Sto lat Mamo!
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
U Don Raula
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Degustacja u Don Raula
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zaczynamy…
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Po lewej Don Raul we własnej osobie
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
U Don Raula
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
U Don Raula
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Coś dla każdego
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W jednej z innych winiarni, drogo i nic szczególnego ale pies ma fajną budę

You may also like...

5 Comments

  1. Joasia i Piotr z Dziewczynami

    Add Your Comment

  2. Joasia i Piotr z Dziewczynami

    Fajnie Wam tam! Dobrej drogi!

  3. Moglibyscie podac adres don Raula? 🙂

    1. Może Tobie lepiej pójdzie z odszukaniem „esquela secondaria” ;), to przy tej samej drodze co zoo. Trzeba dopytać miejscowych, każdy wie o kogo chodzi. Przy uliczce w którą trzeba skręcić stał zdezelowany żółty schoolbus i to był najlepszy kierunkowskaz, tylko nie wiem czy go nie usuną… A dokładne współrzędne są takie:
      N 32.07326 W116.62785
      Salud!

      1. Super, wielkie dzięki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *