Wsiadamy do pociągu. Irańskie pociągi są zupełnie inne niż nasze: szybkie, punktualne i przede wszystkim bardzo tanie. Ale do rzeczy. Sadowimy się w przedziale sypialnym, z nami jeszcze czworo innych podróżnych. Przedział jest koedukacyjny, paniom nie wolno odkrywać głowy. Młoda godzina, jeszcze nie czas rozkładać posłania. Ćwiczymy pantomimę, przy użyciu rąk streszczamy nasze życiorysy. Po 30 minutach pociąg staje i ludzie wychodzą na zewnątrz. Wszystko w porządku, po prostu wybiła godzina modlitwy. Większość pasażerów pokornie człapie do dworcowego meczetu, reszta idzie na papierosa. W końcu Irańczyk też musi się czymś truć. Paciorek zmówiony, gwizdek, znów terkoczą koła, a do przedziału wnoszą poczęstunek: sztucznie napompowane ciacho o smaku truskawkowym opakowane w trzy razy większe tekturowe pudełko i soczek. Rozdzieramy papier i zaczynamy zajadać, po chwili mamy gęby wypchane drożdżową pychą. Nasi współtowarzysze też z zapałem rozpakowują zawiniątka. Tylko zamiast zjeść, co im przyniesiono, ku naszemu bezbrzeżnemu zdumieniu wszyscy naraz zaczynają natarczywie częstować siebie nawzajem i nas tym, co przed sekundą dostali. Z pełnymi ustami, osłupiali i zawstydzeni protestujemy kiwając głowami. Nie przeszło nam przez myśl, że sąsiadów wypada poczęstować ciastkiem, skoro przecież każdy ma to samo! Teatr trwa ze trzy minuty, oczywiście kończy się  na tym, że nikt od nikogo nie przyjmuje poczęstunku i pałaszuje swoje. Ale rytuał musiał się odbyć.

To był właśnie jaskrawy przykład ta’arof, irańskiej szkoły dobrych manier. Słyszeliśmy o niej już wcześniej, ale tym razem daliśmy się zaskoczyć. Ta’arof polega na tym, że jednej stronie wypada nalegając proponować przysługę bez rzeczywistego zamiaru oddania jej, drugiej zaś z jeszcze większą mocą krygować się i odmawiać. W szczątkowej postaci coś z ta’arof występuje i w naszej kulturze (małe kurtuazyjne propozycje za które należy z uśmiechem podziękować), ale na pewno nie  w takim rozmiarze, jak w Iranie. Są sytuacje oczywiste, nie wymagające zbyt wysokiej emocjonalnej inteligencji, gdy np. stojący obok w sklepie człowiek chce nagle płacić twój rachunek czy gdy taksówkarz nie zgadza się przyjąć zapłaty za kurs (taksówka to przykład podręcznikowy, choć prawdę powiedziawszy nigdy nas to nie spotkało, może za często turyści brali na serio szczodrość kierowców). Lecz czasem na prawdę trudno odgadnąć, czy mamy do czynienia z prawdziwą gościnnością, czy nieco fałszywym ta’arof. Tym bardziej, że obcokrajowców traktuje się tu z nadzwyczajną życzliwością, ludzie chcą być autentycznie pomocni, poznać cudzoziemca, dowiedzieć się więcej o zakazanym zachodnim świecie. Wyczucie, gdzie kończy się kurtuazja a zaczyna szczera gościnność, wymaga wprawy. Natomiast jeśli to ty wykażesz się znajomością zasad i jako pierwszy zaatakujesz z ta’arof, spotka cię wielkie uznanie i szacunek.

Młodszy brat ta’arof to irański „no problem”. „No problem” znaczy coś zupełnie innego, niż u nas, a rozgryzienie, jak to działa, trochę nam zajęło. Ilekroć jest kłopot, którym podzielisz się z Irańczykiem, ujrzysz jego zatroskaną minę i usłyszysz: „no problem”. Nie daj się zwieść: „no problem” wcale nie oznacza, że wszystko jest ok. Wręcz przeciwnie, jeśli powtarzają co chwilę „no problem”, „no problem”, to najczęściej znak jakiegoś impasu. Najwięcej „no problemów” usłyszeliśmy czekając przez 34 godziny na granicy irańskiej bez carnette de passage, równie dużo u celników na południu w Bandar Abbas, gdy prosiliśmy o zezwolenie na wyjazd do Emiratów Arabskich zamiast do Turcji. Wreszcie nas olśniło. Im zwyczajnie nie wypada powiedzieć „nie da się, nie pomogę ci”. Na dobrą sprawę słysząc „no problem” powinieneś – zgodnie z etykietą ta’arof – wycofać się ze swojej prośby. Powtarzanie „no problem” sygnalizuje, że bolesny proces rozwiązywania zadania trwa. Czytaj: „mamy poważny kłopot, ale wciąż szukamy jakiegoś ratunku”. Gdy rozwiązanie się jednak nie znajdzie i usłyszysz „problem”, to absolutny koniec. Zresztą Irańczyk, który musi ci to zakomunikować, będzie się czerwienił i przepraszał. To sprzeczne z jego wychowaniem, a jego kompromitacja jest tak naprawdę twoją winą, gdyż dawno powinieneś przestać walczyć, zrezygnować z prośby tak samo jak odmawiasz truskawkowego ciastka.

Na szczęście po jednym dniu papierkowej bieganiny w rytm mantry „no problem” celnicy w Bandar Abbas zmienili nam miejsce i datę wyjazdu z Iranu. Wszyscy wyszliśmy z impasu z twarzą.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *