Taka ładna roślinka, a tyle z nią kłopotów. Przez nią wyschło Morze Aralskie, przez nią Uzbekistan jest piętnowany w świecie, przez nią uniwersytety kraju jesienią świecą pustkami.

Mowa oczywiście o bawełnie. W czasach sowieckich, gdy każda republika musiała specjalizować się w jednym rodzaju produkcji, Uzbekom przydzielono uprawę bawełny. Zbiegło się to z okresem zimnej wojny, a Chruszczow postawił sobie za punkt  honoru wyprzedzić bawełnianego potentata – USA. Aby nawodnić pola, wydążono kanały, w które wtłoczono wody wielkiej rzeki Amu Darii. Na skutek tych zabiegów Amu Daria przestała zasilać Morze Aralskie i nastąpiła katastrofa ekologiczna.

Do dziś w całym Uzbekistanie ciągną się kilometrami pola bawełny. Jesteśmy w okresie zbiorów, w październiku. Skuleni ludzie zbierają białe kłębki i upychają je w kolorowe chusty zarzucone na plecy. Zbiory oddaje się do potem do magazynu, skąd zabierają je wielkie, wypchane po brzegi ciężarówki. Często spore ilości lekkiego surowca wypadają podczas transportu i kłębią się przy drodze. Całodzienna praca jakiegoś człowieka idzie na marne.

Kto zbiera bawełnę? Jakie są zasady? To temat tabu. Oficjalnie praca jest dobrowolna i uczciwie płatna. Gdy pytamy, czy w dalszym ciągu praktykuje się obowiązkowe wyjazdy w czynie społecznym „na bawełnę”, ludzie unikają odpowiedzi i zdawkowo burczą pod nosem, że to dawne czasy, a teraz zbiera tylko ten, kto chce. Owa niechęć do zwierzeń jest zrozumiała. Uzbekistan to w dalszym ciągu państwo policyjne. Za narzekanie na system i szerzenie wrogiej propagandy można trafić za kratki. Są sprawy, o których po prostu lepiej nie mówić. Jedną z nich jest właśnie jesienne „bawełnobranie”. O tym, jaka jest prawda, przekonujemy się na uniwersytecie w Samarkandzie. Budynki świecą pustkami. Zaczepiamy przemykającą korytarzem nauczycielkę.
– Gdzie się podziali studenci? – pytamy.
– Chłopok – rzuca tylko przez ramię i szybko się oddala, nie dając nam szansy na drążenie tematu. Chłopok, czyli po rosyjsku bawełna, spustoszyła sale wykładowe.

Prawda jest taka, że czyn społeczny wcale nie umarł śmiercią naturalną wraz z rozpadem ZSRR. Uczniowie, studenci i pracownicy budżetówki mają obowiązek na miesiąc – dwa zawieszać naukę czy pracę i jechać na wielkie zbiory. Dzienna norma – tu mamy różne informacje – to ok. 40 kg dziennie. Tego, kto jej nie wyrobi, spotkają przykre konsekwencje. Na przykład dziekan czy ordynator dostanie oficjalną skargę na leniwego profesora, studenta lub lekarza z prośbą o stosowne ukaranie.

Każdy kombinuje, jak może, żeby się wymigać ze znienawidzonego kieratu. Kupowanie zwolnień lekarskich, opłacanie pracowników, którzy wykonają za studenta normę, łapówki dla kontrolerów ilości zebranego „białego złota” – to przykładowe metody obejścia systemu. Na skutek międzynarodowych protestów oraz bojkotu uzbeckiego przemysłu odzieżowego zlikwidowano przymusową pracę dzieci. Mimo to widok parolatków pomagających rodzicom w polu wcale nie należy do rzadkości. Z drugiej strony praca dzieci, nie tylko przy bawełnie, nie jest tu niczym szczególnym, a ograniczenie oburzenia zachodu tylko do przymusowego zbierania bawełny trąci trochę aferą medialną. W praktyce w sprawie pracy dzieci w innych gałęziach byłoby równie wiele do zrobienia, ale o tym nikt głośno nie krzyczy, bo nie są tak chwytliwe tematy.

Jeśli więc kupicie kiedyś miękki T-shirt pochodzący z Uzbekistanu (choć kraj raczej eksportuje czysty surowiec niż odzież), możecie być pewni, że nie jest o bubel, ale nie lada okazja: wszak to prawdopodobnie hand-made uzbeckiej inteligencji!

DSC_0113
Zbiory tuż tuż
DSC_0181
Punkt skupu
DSC_0714
Kwiat bawełny to niemal symbol narodowy, jest wszędzie

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *