Skoro bociany odlatują za morze to i na nas czas. Skończyły się wakacje w Polsce i wracamy do domu, czyli naszej budki, która czekała przez wiosnę i lato zaparkowana w meksykańskim Cancun. Ostatnie chwile przed wylotem spędzamy śledząc trasy huraganów, na nasze szczęście wszystkie omijają Jukatan. Zastanawiamy się też, w jakim stanie zastaniemy samochód (a przede wszystkim czy w ogóle go zastaniemy).
Podróż długa, męcząca za to niedroga, z nocowaniem na lotnisku w Brukseli. Ja na chwilę zmrużyłam oczy na kanapie nieczynnej restauracji, ale Bartek całą noc stał na straży. Niestety o 4 nad ranem wygonili nas z upatrzonej miejscówki, czego Zośka nawet nie zarejestrowała bo została płynnie przeniesiona na turystyczne łóżeczko sklecone z lotniskowego wózka. Do samolotu startującego do Cancun wsiadła więc o 10 rano idealnie wyspana i pełna energii, w przeciwieństwie do nas. Naprawdę trudno o sprytniejszą taktykę na długi przelot z trzylatkiem. Samolot wypchany po brzegi, głównie Kubańczykami, bo miał międzylądowanie na wyspie. Czekając w kolejce do odprawy myślimy sobie – jak nic leci z nami jakaś kubańska drużyna kolarska. Każdy pasażer ładuje przynajmniej jeden wielki karton z rowerem, jedyny szkopuł w tym, że pasażerowie, zwłaszcza przysadziste, ozdobione od stóp do głów cekinami, tlenione Kubanki na szpilach nijak nie przypominają kolarek. Otóż moi drodzy, okazuje się, że rowery to najlepszy towar importowy: jeżeli lecicie na Kubę, koniecznie zabierzcie ze sobą nowy rower – pojeździcie sobie a po wakacjach sprzedacie z podwójnym przebiciem. Tak nam poradzili.

Oto i chwila prawdy… Samochód stoi na parkingu. To już polowa sukcesu. Ciekawe, co zastaniemy w środku? Pięć miesięcy w tropikalnej porze deszczowej grozi korozją i zgnilizną. Otwieramy drzwi, niuchamy, niuchamy i nie możemy uwierzyć. Żadnego smrodku, odoru wilgoci. Rada doświadczonych środkowoamerykańskich podróżników, aby zapewnić przewiew i broń Boże nie zamykać wszystkiego szczelnie (co pierwotnie instynktownie chcieliśmy zrobić aby maksymalnie zabezpieczyć się przed deszczem) okazała się na wagę złota. Samochód stał pod dachem i plandeką na parkingu bez ścian, do tego dmuchało na niego przez cały czas suche powietrze z kanału wentylacyjnego budynku. Okna zostawiliśmy minimalnie uchylone. Coś, co wydawało nam się początkowo bezsensowne zdało egzamin na szóstkę. Nie stwierdziliśmy też śladów obecności lokatora w postaci szczura, czego poważnie zaczęłam się bać po wysłuchaniu przygód przyjaciół. Konieczna była tylko wymiana akumulatora i ruszyliśmy. W porównaniu z poprzednimi wyjazdami, kiedy to na dzień dobry trzeba było tygodniami organizować środki transportu, rejestrować je, wyposażać itp. tym razem mamy idealnie miękkie i gładkie lądowanie.

Z Meksykiem witamy się tak, jak się pożegnaliśmy, czyli rybnym obżarstwem w prostej ale przepysznej knajpie nad morzem

Na Jukatanie trwa pora deszczowa. Kolejny raz zastanawiamy się, dlaczego Polaków ze mną włącznie zawsze tak ona przeraża. Owszem, pada kilka razy dziennie, ale potem wychodzi słońce. Jest gorąco więc deszcz nie dokucza tak mocno, wręcz przynosi ulgę. Polska jesień zdecydowanie bardziej zasługuje na miano pory deszczowej niż ta tradycyjna, tropikalna.

Pora deszczowa
Skutki pięciominutowego deszczu

Zostały nam niecałe dwa tygodnie z sześciomiesięcznego pozwolenia na pobyt samochodu na terenie Meksyku. Te dni chcemy spędzić na Jukatanie i poznać trochę lepiej część Meksyku, którą „liznęliśmy” w poprzedniej podróży. Niestety po pierwszych stu kilometrach okazuje się, że jednak mamy motor problem: w budce pękł zbiornik na wodę. Producent budki, do którego zwracamy się o pomoc, wysyła nam z USA nowy. Kierujemy się więc w stronę miasta Merida, dokąd ma dotrzeć przesyłka, przystając po drodze w cenotach. To naszym zdaniem najciekawsza atrakcja Jukatanu. Cały półwysep poprzecinany jest systemem podziemnych rzek, które co pewien czas ujawniają się na powierzchni w miejscach, gdzie wapienna warstwa zawaliła się. Tworzą wtedy wielkie studnie lub jaskinie z wodą  przejrzystą na kilkadziesiąt metrów. To dzięki nim w środku półwyspu mogła rozwijać się cywilizacja Majów. Cenot jest na Jukatanie tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie: niektóre okraszono turystyczną infrastrukturą, w innych można spotkać jedynie w weekend kilkoro miejscowych, są wreszcie i takie, które można mieć tylko dla siebie. Mieliśmy próbkę tego piękna podczas poprzedniego pobytu i koniecznie chcieliśmy jeszcze raz.

Cenote Suytun niedaleko miejscowości Valladolid
Cenote Suytun
Cenot Oxola, trzeba się było trochę poprzeciskać wąską, zarośniętą drogą i karoseria ciut ucierpiała ale było warto, mamy 100% prywatności a obozowisko przy samym wejściu.
Cenot Oxola
Cenot Oxola

Merida. Ciekawa sprawa, że w Meridzie pora deszczowa już dawno skończyła się. Trudno uwierzyć że tu, na północno zachodnim koniuszku Jukatanu panuje zupełnie inny, niemal pustynny klimat. Wkoło w odległości zaledwie kilkudziesięciu kilometrów leje a nawet przechodzi huragan, a nad nami praży słońce. Czekamy na paczkę, Bartek korzystając z chwilowego przestoju robi przegląd zawieszenia w samochodzie. Buszujemy po urokliwym kolonialnym mieście.

Merida, Plaza Grande
Procesja w Meridzie
Wieczór w Meridzie
Występy ludowe w Meridzie
Występy ludowe w Meridzie
Występy ludowe w Meridzie
Przygotowania do podróży – sprawiliśmy sobie hamak!

Gdy pewnego dnia mijamy boisko przedszkolne Zośka koniecznie chce do dzieci. Idziemy więc do pani dyrektor i pytamy, czy dałoby się ją na jeden dzień zainstalować. Pierwsza odpowiedź jest negatywna, ale potem dyrektorka dzwoni do jakiejś innej przełożonej i koniec końców zapraszają nas na jutro. Przedszkole okazuje rządowym programem edukacyjnym, gdzie prowadzone są zajęcia dla dzieci 3-5 lat, tylko od 8.00 do 11.30. Zośka nie może się doczekać. Rano dostaje plecaczek z drugim śniadaniem, macha nam na do widzenia i bez mrugnięcia okiem pędzi za dziećmi. Aż mi się niemal przykro zrobiło, mogła by jednak choć trochę dla przyzwoitości zmartwić się z powodu rozstania z mamą… Przejęci rodzice w czasie zajęć na wszelki wypadek czytają książki w parku przed bramą przedszkola, cali w pogotowiu gdyby coś poszło nie tak. Prawdę mówiąc mam większą tremę od dziecka! Ale gdy o 11.30 odbieramy Zośkę jest uśmiechnięta i bardzo zadowolona, chociaż widzimy, że pada ze zmęczenia i emocji. Jak na pierwszy raz w przedszkolu w ogóle i do tego jeszcze obcojęzycznym poszło dobrze. Były tańce, ćwiczenia, wzajemne odrysowywanie przez dzieci swoich sylwetek na wielkich płachtach papieru, nauka o tym, jak żyją misie. Zośka nie płakała, chętnie bawiła się z dziećmi i wykonywała polecenia ale podobno wstydziła się powtarzać słowa po hiszpańsku. Tylko podczas przerwy koleżanki Zosi, w którymi wariowała w przeszło trzydziestostopniowym upale przybiegły do wychowawczyni alarmując, że coś jej się chyba stało bo zrobiła się jakaś czerwona na policzkach…
Następnego dnia rano Zośka zaczęła się pakować do przedszkola i była bardzo zawiedziona, że nie pójdzie. Postanawiamy sobie, że zatrzymamy się w pewnym momencie w podróży na parę tygodni i zapiszemy ją do przedszkola na dłużej.

Przedszkolak

You may also like...

2 Comments

  1. Ale super! Spędziłem 4 miesiące w Meksyku a w Meridzie byłem z pięć razy bo mam tam bardzo dobrą znajomą (poznaną zresztą przez couchsurfing). Polecam przejechać albo przejść się Paseo de Montejo wieczorem – naprawdę robi wrażenie. A najlepsze ceviche w Meksyku jadłem w Progreso koło Meridy. Pozdrawiam z chłodnej Szwecji.

    1. Pozdrawiamy i dziękujemy za informacje!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *