Jeszcze w Polsce planowaliśmy wjechać do względnie bezpiecznej części Afganistanu, tzw. Korytarza Wahańskiego. Korytarz Wachański to wąski pas ziemi na północnym wschodzie Afganistanu, wciśnięty między Tadżykistan i Pakistan oraz stykający się z Chinami.

Wachan cieszy się obecnie dosyć dobrą sławą. W szczególności ten odludny kawałek ziemi pozostaje poza zainteresowaniem Talibów. Co prawda w pewnym okresie podejrzewano, że w jaskiniach Wachania, w okolicach dawnej tajnej radzieckiej bazy wojskowej, ukrywa się Bin Laden, jednak pogłoski te nie potwierdziły się.

Niby bezpiecznie, niby około 200 turystów rocznie wjeżdża do Wachania i bez problemu wraca, w tym kilkoro naszych znajomych, ale mimo to odczuwamy niepokój (a przynajmniej połowa z nas go odczuwa). Przecież kilkadziesiąt kilometrów stąd, w afgańskiej części prowincji Badachszan, Talibowie wciąż są aktywni. Przez kilka dni jadąc przez Pamir wzdłuż rzek Wachan i Pandż po tadżyckiej stronie granicy,  obserwując domki i sylwetki ludzi po stronie afgańskiej zaczynamy wątpić, czy jest sens się przeprawiać i ryzykować. Znacie to uczucie, gdy bardzo chcecie czegoś doświadczyć, ale doświadczenie jest na tyle niepokojące, że z ulgą witacie obiektywne przeszkody oddalające was od celu? Coś jak pierwszy skok na spadochronie, przed którym skrycie liczymy, że może tym razem pogoda się popsuje i samolot nie wystartuje. Albo gdy przejeżdżając motocyklem przez afrykański park narodowy aby obejrzeć dzikie zwierzęta cicho modlimy się pod nosem, żeby wszystkie drapieżniki siedziały w krzakach z dala od drogi… Z takim właśnie uczuciem, mieszaniną rozczarowania i zarazem ulgi, powitaliśmy wiadomość, że granica afgańska została zamknięta z powodu epidemii cholery. Być może zresztą powodem nie była cholera, ale działania antyterrorystyczne w Badachszanie.

Siedzimy w Chorogu i rozmyślamy, gdyż krążą pogłoski, że jednak granicę mają wkrótce odtworzyć. Ale poza problemem cholery doszła nas też wiadomość, że wjazd do Afganistanu – poza wizą –  to dodatkowy koszt 2×300 usd za motocykle, co przekracza nasz budżet.

A niech tam. W afgańskim konsulacie w Chorogu występujemy o wizę i pozwolenie na wjazd motocykli. Dostajemy bez problemów w jeden dzień zarówno wizę, jak i pozwolenia na motory (100 usd za dwie wizy + 60 usd za dwa motory). W związku z niejasną sytuacją na granicy w Iszkaszim podejmujemy próbę przedostania się przejściem w Chorogu, gdyż widzieliśmy  już wcześniej, że z Chorogu do Iszkaszim, tuż przy granicznej rzece, wiedzie po stronnie afgańskiej w miarę dobra szutrowa droga. Miejscowi zgodnie potwierdzają, że da się nią bezpiecznie przejechać.

Przejeżdżamy przez tadżycką kontrolę. Potem budka strażników afgańskich. Tu kończy się możliwość porozumiewania po rosyjsku, pozostają ręce i pojedyncze angielskie słowa. Jest jakiś problem z przepuszczeniem nas dalej. Prowadzą nas przez drzwi budki do kogoś ważnego, prawdopodobnie szefa posterunku. W głębi pokoju na drucianym łóżku zalega odziany w białe szaty, przypominający średniowiecznego środkowoazjatyckiego despotę opasły mężczyzna. Na nasz widok wolno dźwiga się z posłania i rozkołysanym krokiem podchodzi do drzwi. Pozostali wojskowi uniżenie skaczą wokół niego i tłumaczą, co my za jedni.
– You not go. Badachszan not safe. If accident – we problem. We responsible for you – wyrokuje „Dżabba”, a ja się w sumie cieszę. Podjęliśmy „afgańską próbę”, nie wyszliśmy na cieniasów. No cóż, nie udało się. Lecz Bartek ku mojej rozpaczy jak zwykle drąży i wyjaśnia, że nie będziemy jechać nigdzie dalej, tylko do Iszkaszim drogą przy rzece, więc zagrożenia nie ma. Mężczyźni znów dyskutują.
– Ok. Go. Only road to Iszkaszim. Not go west. Go fast. No stop. No talk people. Even if stop you, don’t react. You not able recognize villiger or taliban.

Jadę tak szybko jak nigdy dotąd. Brakuje tylko tego, żeby mi się tu ostatecznie rozsypała moja szczerbata zębatka. Bartek jedzie pierwszy. Nagle w jednej z wiosek wyskakuje na drogę dwóch obwiesiów z kałaszami. Niby mają jakieś tam pseudowojskowe spodnie sugerujące straż graniczną, ale powtarzając w myślach: „Go fast. No stop. No talk people. Even if stop you, don’t react.”! daję tylko gazu, a potem robię Bartkowi karczemną awanturę przez nasze walki-talki, że na mnie nie zaczekał, a mnie tu chcieli ustrzelić! Zawsze jest tak, że na widok Bartka ci, których spotykamy na drodze, zaskoczeni nie zdążają nigdy zareagować, za to na mnie jadącą jako druga – jak najbardziej.   Po moim ataku histerii dziwnym zrządzeniem losu psuje się łączność.

Dojeżdżamy do Iszkaszim już po zmroku, co dodatkowo potęguje niepokój. Pośrodku miasteczka ulica oblepiona prymitywnymi straganami i sklepikami, wszystko już zamknięte, tylko gdzieniegdzie migoczą słabe światełka żarówek i przemyka zakutany w turban mężczyzna. Pytamy o nocleg, ktoś proponuje nam guesthouse za … 40 usd. To lekka przesada. Zaczepiamy jakiś przejeżdżający samochód i pytamy o nocleg za rozsądną cenę. Okazuje się, że w samochodzie siedzi szef miejscowej policji. Wydaje kilka poleceń i po chwili jego podwładni kwaterują nas w skromnym pomieszczeniu na piętrze przy głównej ulicy. Tu spędzimy pierwszą afgańską noc. Jesteśmy tak zmęczeni, że szybko rozkładamy maty i zasypiamy jak dzieci.

BYLEDALEJ_AC_05384
Afgański bazar na przejściu granicznym w Chorogu
BYLEDALEJ_AC_05381
Handlarze na afgańskim bazarze na przejściu granicznym w Chorogu
Afgan1
Adios Tadżykistan! Przejście graniczne w Chorogu na rzece Pandż

GOPR1702.MP4_snapshot_00.09_[2013.11.12_19.15.18]
Droga z Chorogu do Iszkaszim, w dole po drugiej stronie asfaltowa droga tadycka
GOPR1703.MP4_snapshot_00.04_[2013.11.12_19.16.00]
Droga z Chorogu do Iszkaszim
GOPR1708.MP4_snapshot_00.57_[2013.11.12_19.26.43]
Stranicy, ktorzy”zaatakowali” na drodze do Iszkaszim. gdy Bartek jechal, jeszcze siedzieli w sklepiku.

BYLEDALEJ_AC_05394
Przytulny pokioik w Iszkaszim

You may also like...

4 Comments

  1. Czyli jednak wjechali! O Wy, jednak nie ma przed Wami granic nie do przekroczenia 🙂 Uśmiechnąłem się szeroko jak pisaliście o motosafari, ale jednak potem jak przeczytałem że jednak Bartek Cię Marta wciągnął, to naprawdę respekt za te 100 stresokilometrów 🙂

    Ostatnia fota – bezcenna mina usatysfakcjonowanego Bartka :)))
    Jestem ciekaw jak z perspektywy na to patrzycie 🙂

    1. Hehe, no tak sie jakos nam skojarzylo… Z perspektywy – jak zwykle, ciesze sie ze mnie w koncu Bartek wciagnal 🙂 Chociaz bylo chwilami nerwowo

  2. Ja natomiast strasznie chciałabym pojechać do Afganistanu i na własne oczy zobaczyć góry Hindukuszu i resztę tego pięknego państwa. Mam nadzieję, że przyjdą kiedyś takie czasy, że będzie to można robić bez problemu. I tak poza tym, to czy pytaliście ludzi o zgodę na robienie im zdjęć? Jak reagowali?

    1. Niestety zapowiada się, że po 2014 roku, po wycofaniu wojsk NATO, w Afganistanie zrobi się jeszcze większy bałagan, niż jest teraz. Mamy jednak nadzieję, że Wachań pozostanie bezpieczny. Co do zdjęć – nie było żadnych problemów, zwłaszcza mężczyźni chętnie pozowali. W Wachaniu turysta to dla ludzi ciekawostka, gdy tylko zatrzymywaliśmy się, robiło się zbiegowisko, mieli dzięki nam rozrywkę. Nikt się nie ukrywał przed obiektywem. Być może w innych częściach Afganistanu jest inaczej, ale tego nie było nam dane tym razem sprawdzić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *